Bajeczka druga – zajączek

Zajączek, jak to bywa wśród zajączków, płochliwym był niezwykle. Liść ruszający się na wietrze, wróbel startujący z gałęzi, czy choćby mały żuczek wędrujący wśród traw wywoływał w nim przerażenie. Razu pewnego przedzierając się pośród gałęzi ? gdyż zajęczych ścieżek unikał ze strachu ? znalazł wilcze ścierwo. Z dala oglądając ciało gnijące, patykiem trącał, jakby nie dowierzając samej śmierci. Koncept makabryczny zrodził się w głowie szalonej od strachu. Począł wnętrzności z futra wydrapywać, po czym wszedł w nie. Do leśnego potoku pobiegł, gdzie przyglądał się swojemu odbiciu, wpierw niepewnie, z oporem, by po chwili śmiałości nabrać. Wnet takiego animuszu zyskał, że jak paw wzdłuż brzegu się przechadzał. Na to inny szarak przybiegł. Wprzódy przebierańca nie zauważywszy wpadł niemal na niego, by z przerażeniem stanąć. Przycupnął, uszy stulił, łzy uronił, zguby pewnym będąc. ?Wilk? wpierw cofnął się niepewny, lecz widząc cudze przerażenie, pewności nabrał. Kija wziął i bić począł nieboraka, co mu dziwną przyjemność sprawiło. Odtąd w stadzie zajęczym strach wzbudzał. Pysznił się, razy rozdawał, z góry na niedawnych braci patrzył.
Jeśli spotkasz na swej drodze takiego aroganta, to pomyśl, że pod grubą skórą strach się kryje. Wilk prawdziwy zaś agresję miarkuje, dumnie kroczy, smrodu wokół nie tocząc.

Bajeczka

Obudził mnie dziwny dźwięk, ciche „mruuum”. Co to może być? – pomyślałem. Może to tylko złudzenie? Położyłem głowę na poduszkę, by ponownie zasnąć, nagle… „mruuuuummmm”, i to dużo głośniej.
-Kto tam? – zapytałem.
-To mrum, mrum, ja – ktoś odpowiedział w ciemnościach stłumionym głosem.
-Który ja? – nie dawałem za wygraną.
-Odsłoń kołdrę, bo się uduszę. Pogadamy.
Odsłoniłem. Zapaliłem lampkę nocną, ale oprócz mojego penisa w nocnym wzwodzie nic nie dostrzegłem.
-Gdzieś ty? – pytam
-O jak dobrze, świeże powietrze. Tego mi trzeba było. Wypuść czasami przyjaciela na wolność, nie zapominaj o mnie.
Nie, to niemożliwe! Nikogo nie było, tylko w rytm słów mój penis poruszał się, a otwór otwierał się niczym usta.
-No tak, czas do psychiatry ? skomentowałem na głos przewidzenie.
-E, to lepiej do agencji towarzyskiej, hre, hre.
Tego było za wiele! Mój „Wacek” nie dość, że mówi do mnie, to jeszcze ma poczucie humoru. Postanowiłem zignorować ten nocny koszmar. Przykryłem się kołdrą.
-Nie ignoruj mnie ? stłumiony głos dobiegał spod pościeli ? ja Cię nigdy nie zawiodłem, a Ty nawet nie chcesz ze mną pogadać. Jaki niewdzięcznik!
-Czego chcesz? – wściekły odrzuciłem kołdrę.
-Dialogu, wolnych weekendów, słońca, plaży nudystów, bokserek i… wstydzę się to powiedzieć… – czerwony łepek stał się jakby czerwieńszy.
-No powiedz – zachęciłem, bo cóż mogło mnie jeszcze zdziwić tej nocy.
-Czasami poczytaj mi bajkę – wydukał.
-Bajkę? Jaką znowu bajkę?! – krzyknąłem.
-Czerwonego kapturka. To moja ulubiona postać literacka – odpowiedział z opuszczonym łebkiem.
Nie wiem, może to choroba psychiczna. A może to normalne, że mężczyźni rozmawiają ze swoimi przyrodzeniami, tylko nigdy żaden się do tego nie przyznał. Wstałem, poszedłem do pokoju dzieci, wziąłem z półki książkę, rozsiadłem się w fotelu ze spuszczonymi spodniami pidżamy i zacząłem czytać: „Dawno, dawno temu”…
Panowie, dbajcie o swoich przyjaciół. 🙂

Idą święta

Byłem bystrym i skromnym dzieckiem. (Jak widzicie ta druga cecha pozostała mi do dziś.) Nic zatem dziwnego, że szybko zorientowałem się, iż Święty Mikołaj to przebrany członek rodziny, pocący się w niewygodnym ubraniu, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Doceniałem to poświęcenie, udając wiarę w dobrotliwego staruszka w czerwonym płaszczu. Pewnej Wigilii popełniłem jednak błąd. Nie mogąc poradzić sobie z odpakowaniem plastikowej gitary o strunach z żyłki, wręczyłem pakunek Gwiazdorowi ze słowami ?Mirek, otwórz mi?. Mimo owej gafy dorośli spróbowali swoich sztuczek po roku. Dałem im nauczkę bezpardonowo zdejmując przebranie z mojej babci.