Bajka na dobranoc

Wszyscy jesteśmy bogami

Karif Samel Husajn w imieniu sułtana tak potężnego, że nie wolno było wymieniać jego imienia, dbał o porządek i bezpieczeństwo na szlakach Pustyni Wschodniej. Nie było to zadanie łatwe. Karawany transportujące płótna, egzotyczne owoce i białe jak piasek kobiety do krainy sułtana tak wielkiego, że jego imienia nie wypowiem oraz te wracające na stary kontynent z kosztownościami, przyprawami i innymi towarami często atakowane były przez hordy na wpół dzikich ludzi pustyni, kryjących się wśród oaz. Na nic zdało się  uzbrajanie beduinów i przydzielanie im eskorty z najlepszych żołnierzy sułtana, którego imienia oczywiście nie wypowiem. Jedni i drudzy na sam widok bandytów z pustyni uciekali w popłochu we wszystkie strony, tak, że wracali do domów wyczerpani po tygodniach tułaczki, a czasem ginęli na wsze czasy.  Karif  kazał przyprowadzić do siebie tchórzy z jednej z wypraw, by przy pomocy subtelnej perswazji lekkich tortur dowiedzieć się, dlaczego pustynia jest tak niebezpieczna. Odpowiedzi zeznających były do siebie podobne. „Cóż znaczę wobec majestatu sułtana, którego imienia nie wypowiem. On moim panem i obrońcą. On swoim majestatem obroni swoje towary przed złem, jeśli taka będzie jego wola.” Na Karifa nadszedł czas próby. Sułtan, ten którego imienia nie śmiem wypowiadać, wezwał go przed swoje oblicze i oznajmił: „Za dwa księżyce z miasta mego, w mym państwie, przez moją pustynię wyruszy karawana z diamentem tak jasnym, jak moje oblicze. Jeśli dar ten nie dotrze do Wielkiego Sułtana Zachodu, to nie odda mi swej córki, by została moją tysięczną żoną, a wtedy głowa twoja spadnie Karifie i rzucona będzie psom na pożarcie.” Strapiony Karif nie spał dwa księżyce obmyślając sposób zachowania głowy, z którą – jak sam mawiał –  wielce się zżył. Ostatniego ranka udał się po poradę do znanego mędrca, który znał przeszłość i przyszłość tak dobrze, iż myliły się mu one ku uciesze maluczkich, ale to zupełnie inna opowieść. Starzec wymamrotał pod nosem jakieś zaklęcia, obrócił się trzy razy w dziwnym tańcu, po czym zadumał się i wyszeptał coś do ucha Karifa. Ten widząc, że ma do czynienia z człowiekiem, któremu wiek zmącił umysł, zapłakał tracąc nadzieję na ratunek. Jednak w desperacji posłuchał rady starca i odprawiając karawanę wypuścił niczym zdradzieckiego węża plotkę o tym, że sułtan, którego imienia nie wypowiedział opuścił ten padół, by świecić na niebie jako nowa gwiazda wśród swoich przodków.
Kolejny księżyc minął Kalifowi na żegnaniu się z rodziną i przyjaciółmi, wszak nie miał nadziei na ocalenie. Rankiem do drzwi jego domu załomotali żołnierze, by poprowadzić go przed oblicze sułtana tak wspaniałego, że nie zdradzę wam jego imienia. Padł przed jego oblicze, powierzając mu swoją głowę. Sułtan podszedł do niego na odległość wyciągniętego ramienia, co było niezwykłe i oznajmił (wszak sułtan nie mówi, nie pyta i nie prosi, a oznajmia swą wolę): „Wlałeś w szeregi obrońców diamentu tak wielkie męstwo, iż pustynia nie widziała do tej pory takiego bohaterstwa. Barbarzyńcy uciekali w popłochu przed mieczami mych żołnierzy i padali pod nimi trupem. W nagrodę otrzymasz tyle złota, ile zdołasz unieść.” Karif nie zapomniał o starcu, któremu zawdzięczał ocalenie. Wziąwszy dwie garście złota udał się do groty mędrca, by podziękować i dowiedzieć się, dlaczego w żołnierzach odżył duch walki. Ten przyjął podarunek z wdzięcznością i zaczął swą opowieść. „W dawnych czasach po ziemi chodzili olbrzymi wielcy jak domy. Do dziś rolnicy znajdują ich białe kości w piaskach pustyni. Jednak z czasem duch człowieczy skarłowaciał i stał się niczym liść płynący po powierzchni potoku targany od brzegu do brzegu. Dla wygody własnej i ze strachu człowiek oddaje swój los bytom wyższym i zastanym. Gdy jednak zabraknie boga zmuszony jest wziąć lejce wozu życia i wtedy okazuje się, że wszyscy jesteśmy bogami.”