Sobota z ciziami

Dojeżdżałem na miejsce lotów, od którego dzielił mnie zagajnik i wpatrywałem się z niebo nad stokiem. Czarne chmury złowrogo wisiały tuż nad drzewami, a o szyby auta coraz częściej uderzały krople deszczu. Mimo to dostrzegłem kształt szybowca tańczącego we wznoszących się prądach powietrza. „O, zboczeńcy już są” – pomyślałem. I rzeczywiście, gdy dojechałem na miejsce prawie kompletna załoga w strugach deszczu uciekała pod drzewa. Cóż, mieszkam najbliżej, nic dziwnego, że docieram na miejsce na koniec.
Pierwszy zobaczył mnie starosta zboczowy Krzysztof. Niósł w ręku model Sprint, który niedawno kupił ode mnie. Nie cierpiałem tego modelu. Zupełnie go nie czułem. W ostrych nawrotach potrafił zwalić się bez ostrzeżenia na skrzydło, a przy lądowaniu trząsł się jak stary paralityk. Jednak szelmowskie spojrzenie nowego pilota zdawało się mówić „Takiego modelu pozbyłeś się frajerze!” I rzeczywiście, okazało się, że jest to dokładnie model, jakiego oczekiwał i z którego bardzo się cieszy. Ja z kolei w miejsce Sprinta zagospodarowałem model Colibri. Jest to szybowiec idealny dla mnie. Nie posiada lotek, a uczyłem się latać i wiele lat latałem w takim układzie i w nim czuję się najlepiej. Jest stabilny, przewidywalny, ale można się też nim powygłupiać. Koledzy twierdzą, że leniwie reaguje na stery, ale ja uważam, że mają gorszy refleks niż ja i dlatego model z  opóźnieniem wykonuje ich polecenia. 😉 Jest to model niezwykły z jeszcze jednego powodu – należał do naszego kolegi Malinna, który jak go wywija harce między chmurami z aniołkami w niebie. Jak powiedział Piotr K.: „Model relikt”. Po godzince latania Colibri poczułem się tak pewnie, że odważyłem się polecieć tuż nad model dużego szybowca z EPP pilotowanego przez Niezłą Cizię i udawać, że chcę wylądować na jego karku.
A propo Ciź… stanowimy dość dziwaczne towarzystwo. Jest Starosta, czyli Parkingowy, czyli Cieć, czyli Hornet. Jego syn to Damek, a obaj noszą nazwisko Bajer. Świeżo upieczony tata Manaq (który na razie ma inne sprawy na głowie niż latanie). Dwaj koledzy to bracia Cizio. Jest też szalony, ale przesympatyczny Arabat i moja skromna osoba Kosmity. Dojechał także Piotr K. który, jak mam nadzieję, po wczorajszych lotach będzie bywalcem stoków tak jak i my. Zatem Kosmita spędził wczoraj czas z Ciziami, było dużo bajerów, a jeden z kolegów ciągle stara się coś utargować słowami „a rabat?”. Zaś opowiadając dowcip przy Damku czułem się jak bawidamek.
Nie zawiodła pogoda, nie zawiodły modele i nie zawiedli piloci. Na szczególną uwagę zasługuje popis w wykonaniu DamianaC. Niezwykły był widok Pipera, trenerka o wielkim kadłubie i z efektownym oświetleniem, który żaglował niczym rasowy szybowiec F3F udowadniając słowa Horneta, że na stoku lata wszystko. Także Arabat dostarczył nam nie lada emocji podtrzymując tradycję lądowania ala kamikadze – nie na kadłubie, a na skrzydle. Tak, jego lądowania mają niepowtarzalny styl, rzec by można, że są pełne fantazji i ekstrawagancji. Tradycją staje się też  lotnicze ognisko z pieczonymi kiełbaskami i ziemniakami. Jako urodzony prowincjusz z niedowierzaniem przecierałem oczy widząc, jak moi wielkomiejscy koledzy wycierają kiełbaski przed nabiciem na kije, używają sztućcy, a ziemniaki miast zasypiać w żarze owijają folią aluminiową. Dam im trochę czasu, znudzą im się te wielkomiejskie nawyki i niebawem będą wracać z ogniska jak należy – usmarowani, czarni i szczęśliwi… Bo modelarze to duże dzieci, a szczęśliwe dziecko, to brudne dziecko… i wylatane.

Zdjęcie Krzysztof  Bajer

aaa.jpg

Pamiętniki wiejskie – Kosowizna

Wsi spokojna, wsi wesoła… dawno temu napisał niejaki Kochanowski. Gdyby słowa te padły dziś oznaczałoby to, że autor bądź jest opłacany przez lobbing agroturystyczny, bądź też nie  jest Polakiem. Wszak od wielu wieków jedną z głównych cech narodowych jest malkontenctwo.
Wyemigrowałem na wieś! Tak, „wyemigrowałem” to dobre słowo. Przeprowadzić można się z jednego domu do drugiego, z jednego miasta do drugiego, z jednej wsi do drugiej. Ja, urodzony mieszczuch wyemigrowałem na wieś. Mieszczuch w małej wsi. Jak mawia moja koleżanka (ku zawstydzeniu swojego mężczyzny) – „na starość wszystko się chłopom kurczy”. Czyżby zatem mózg mi się kurczył? A może to spełnienie marzeń?

Ranek

Pobudka jest wczesna. Budzące się słońce bez przeszkód puka do okien, a ptaki rozpoczynają swoje piękne śpiewy. Czy te pierzaste cholery nie mogłyby pospać trochę dłużej. To niesprawiedliwe. Jedne wstają rano i chodzą szybko spać, inne wylegują się w krzakach jak żule na kacu. To jakaś zmowa! To ptasia, zorganizowana grupa przestępcza, która na dwie zmiany nęka ludzi swoim śpiewem. Owszem, pięknym. Jednak taki nadmiar doznań estetycznych zamienia się w lukrowane katusze. To tak, jakby sąsiadować z operą i codziennie wysłuchiwać prób. Niektórzy mają takiego pecha, że skrzydlata szajka nęka ich nawet nocą pohukiwaniem sów. Tu objawia się wyższość ssaków nad ptactwem – wszak nietoperze są nieme. No cóż, nie bez powodu bóg stworzył nas owłosionymi.

Jak zostać chłopem?

Jak stać się chłopem, a raczej jak nie być miejskim lalusiem? Nie wiem, zapewne stworzyłem swoistą hybrydę cech obu skrajnie różnych nacji. Wystarczy trochę ziemi i kilka zwierząt, a spośród wielu młotów w warsztacie zaczynam wybierać te największe. Skóra na dłoniach staje się gruba, a one same twarde jak chwytaki robotów. Nawet treningi na siłowni tak nie utwardzają charakteru. Tu byle rana, byle ciężar nie stanowi takiego problemu jak w mieście. Trzeba otrzeć krew, pot i pracować dalej. Jednocześnie, jakby bojąc się zchłopienia absolutnego polubiłem się perfumami wszelkimi i wodami toaletowymi. Tyle, że stosuję je także nie po chłopsku, bo na zewnątrz. Zapewne stałbym się pośmiewiskiem wsi, gdyby wiedziano, iż z moimi pupilkami – kurami Świnką i Balbinką – łączą mnie więzy ponadgatunkowej sympatii. Dużo się tulimy i rozmawiamy z sobą. Oczywiście każde w swoim niezrozumiałym języku, jednak z tonu ich gdakania rozumiem, iż są to kury szczęśliwe. Ma to też złe strony. Nagle potrawy drobiowe nie smakują jak dawniej. Oczywiście moje ulubienice, gdy już przestaną znosić jajka nie trafią do garnka, a przejdą na zasłużoną emeryturę. Jednak niezręcznie się czuję jedząc ich kuzynki.
Na wsi wyostrzył się mój instynkt terytorialny, silny przecież u każdego mężczyzny. Tak , tak drogie Panie, to nie bałaganiarstwo sprawia, że rozrzucamy po mieszkaniu zużyte skarpetki. My tak znaczymy teren. I cieszcie się proszę, że nie sikamy po kątach. Tu każde przestawienie przez osoby postronne narzędzi, czy próba dawania mi jedynie słusznych rad wprawia mnie w nastrój pod tytułem „Ja tu jestem gospodarz”. Może dlatego kosę powiesiłem w łatwo dostępnym miejscu.

Cykliści

A na cóż mi Amsterdam? Fakt, kanał mamy na wsi tylko jeden i to mały, ale woda w nim czysta i wartko płynąca, co nie spodobało się komarom wstrętnym i wyemigrowały za góry, za lasy. Za to rowerów co niemiara. Składaki, damki, miejskie, kolarzówki, górale… I dzieci i dorośli i starzy… wszyscy migrują w tę i z powrotem po jedynej ulicy. A tak tak, jedynej. Jak na dzikim zachodzie, tylko zieloności więcej i taczanki nie turlają się po nagrzanym asfalcie. Ten wszak oblężony jest przez wszelkiej maści cyklistów. Dziś na przykład przed naszym domem pędziła zadziwiająco szybko kobieta w wieku zaawansowanym, stroju odświętnym, zawodząc na całą okolicę pieśni maryjne. Znać było, że anioł jaki wspomaga ją w jeździe pchając ją do przodu. Albo on głuchy był, albo z piór własnych ukręcił zatyczki do uszu, bo zawodzenie staruszki okrutne było. Chwilę później sportowiec jakiś szyku zadawał swoim super ekstra i ultra nowoczesnym i lekkim rowerem, strojem tak obcisłym, że tylko okulary chroniły gałki oczne przed wypadnięciem i kaskiem o kształcie myśliwca odrzutowego. Muskulatura jego wskazywała na lata treningów i bogatą suplementację, a może i coś więcej. Marny był jednak jego doping wobec anielskiego serwisu, bo wiejskiej baby dogonić nie zdołał.

Wieś uczy toleranci

Szukając domu zwiedziliśmy wiele miejscowości, zadziwiająco różnych. Gdy wjeżdża się do popeegierowskich pipidówek na końcu świata, to z rozsypujących się chałup i zdewastowanych bloków kołchozowych wylegają zaniedbane kobiety podejrzliwie patrząc na obcych. Stadka małych dzieci bawią się przy zarośniętych rowach, w których zapewne leżą ich upici w trupa ojcowie. Tu zapewne wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą, jak w wielkiej rodzinie, patologicznej rodzinie. Lecz są też takie wsie jak nasza – tętniące życiem centra gminne z zakładami produkcyjnymi i usługowymi, ze sklepami, urzędem, szkołą, fryzjerem, ośrodkiem zdrowia, a nawet pizzerią. Życie tu zapewnia spokój i kontakt z naturą, ale oferuje też dostęp do owoców cywilizacji nie gorszy niż w małym mieście. Daje też poczucie wolności, którego nie ma ani w małych zwartych wsiach, ani też miasteczkach, czyli ludzkich mrowiskach. Domy są tu oddalone od siebie o kilkadziesiąt metrów, czyli  dostatecznie blisko, by się znać i odwiedzać, a dość daleko, by nie być pod stałym okiem sąsiadów. Może dlatego wieś zdaje się tolerancyjna, a ludzie swobodni. Tu w przeciwieństwie do miasta nie ubiera się garnituru od Prady idąc wyrzucić śmieci, a idzie się w tym, w czym akurat się jest, np. samych ślipkach. I nikogo to nie dziwi. Nawet omijanie szerokim łukiem kościoła zdaje się tu być niezauważane. Ot – wolność Tomku w swoim domku. Atmosfera swobody udziela się także zwierzętom, w tym naszym dwóm kurom. Jedna z nich zaczęła strasznie panoszyć się na podwórku, chodzić z wypiętą piersią i skrzeczeć. Najpierw myślałem, że jest chora, później uświadomiłem sobie, że to nieporadne próby… piania! Wzbudziło to pewne moje podejrzenia, jednak doznałem prawdziwego szoku, gdy niezauważony wszedłem do kurnika i przyłapałem moje pupilki w sytuacji… Cóż, powiem to wprost – mam kury lesbijki. Wieś uczy tolerancji.

Stefan

Stare domy przypominają ser szwajcarski, w którym schizofreniczna mysz próbuje załatać wszystkie dziury. A co jest najlepsze na dziury? Antidotum na wszystkie budowlane bolączki. Nie, nie zaprawa, ta jest jak relikt średniowiecza. Broń boże firma remontowa. Dziś budownictwo opiera się na najwspanialszym wynalazku ludzkości (zaraz po energii atomowej) – na piance budowlanej.
Trzeba załatać wielką dziurę pod parapetem. Cóż prostszego – puszka pianki. Jednak najpierw trzeba pozbyć się jakiegoś starego gniazda. Problem w tym, iż gniazdo nie było tak stare, jak myślałem i wyskoczył z niego wróbli pisklak. Wsunąłem sianko z powrotem do otworu, pisklaka umieściłem na miejscu. Teraz mam o jedno zwierzątko do opieki więcej. Nawet przyzwyczaiłem się do smaku dżdżownic w ustach. A szczerze mówiąc czerwone robaki są całkiem smaczne. Tylko owłosione gąsienice gilgoczą w nos, gdy karmię Stefana „z dziubka”.

Nocna przygoda

Może to wpływ świeżego powietrza. Może to za sprawą zdrowszej żywności. Zwierzęta na wsi są jakieś… sprytniejsze. Na przykład kura udająca koguta stwierdziła, że nie będzie dzielić się z nikim swoimi jajami. Zaraz po zniesieniu zjada je. Szczerze mówiąc nie jestem pewien, czy to wynik jej sknerstwa, czy jako kogut wstydzi się tej damskiej, bądź co bądź, czynności i chce ukryć ją przed światem. Na nic zdaje się moja perswazja i przytaczanie starego przysłowia, że koguty też znoszą jaja. Odpowiada mi w swoim kurzym języku (który oczywiście znam), że i owszem znoszą, ale tylko gdy schodzą po drabinie.
Psa Fafika miałem za dobrodusznego gamonia. Nieco zmieniłem zdanie, gdy dowiedziałem się, iż oswoił gospodarzy z sąsiedztwa, którzy nawet chcieli przygarnąć „biedaka” na stałe. Cwana bestia – dwu panów, to dwa razy więcej karmy, a obowiązków tyle samo, bo domy są położone blisko siebie i wystarczy położyć się przy drodze między nimi, by doglądać obu gospodarstw. Fafik jest też międzywioskowym Casanovą. Jak donoszą właściciele wzdychających suczek jego rewir rozciąga się od Kijewa po Watorowo. Nic zatem dziwnego, iż znika z domu na całe dnie i noce. To źle, bardzo źle. Wszak pies powinien pilnować domu, zwłaszcza nocą, przed złodziejami, lisami, kunami i urzędnikami fiskusa. Dlatego też na noc zamykany jest w domu. Dziś o brzasku postawił wszystkich domowników na nogi głośnym ujadaniem. Przetarłem oczy, wypiąłem pierś przywdzianą w zbroję z pidżamy, w jedna dłoń ująłem latarkę patrolową, w drugą kij i ruszyłem z moim wiernym obrońcą na poszukiwanie złodzieja. Tego oczywiście nie znaleźliśmy. Jednak kątem oka zauważyłem, że sprawca zamieszania szczerzy zęby, i to nie w akcie agresji wobec intruza, a raczej w psim uśmiechu. Pomyślałem, że jest z siebie dumny. Ba, nagrodziłem go porcją kiełbasy i wypuszczeniem z domu za sumienną służbę. Gdy przez okno ujrzałem, jak pospiesznie przeszedł przez płot i popędził łamać sucze serca zrozumiałem, że nocna przygoda była ciekawym przykładem tego, jak pies potrafi zrobić ze swego pana osła.

Na co chłopu genitalia

W życiu mężczyzny są takie chwile, gdy musi wykazać się zdumiewającym refleksem. Wierzcie mi, łatwiej złapać w locie komara za lewą tylną stopę w rękawicy bokserskiej, niż odpowiedzieć pięcioletniemu synkowi na cóż mu te denerwujące kuleczki w worku między nogami. Odpowiedź, że przydadzą mu się w przyszłości oczywiście nie satysfakcjonuje małego mądralę. Z pomocą przyszedł mi obraz akrobacji kotów. Powiedziałem, że tak jak im ogon ułatwia wspinanie się po drzewach, tak dla facetów przeciwwagę stanowią owe ciężarki. Dlatego tata lepiej wspina się po drabinie i drzewach niż mama. Synek nie odpuścił, tym razem dociekał, dlaczego skoro ogon pomaga się wspinać, to psy nie wchodzą na drzewa. O rety, za kim on taki bystry? Nie straciłem rezonu i wymyśliłem, że psi ogon służy do uśmiechania się. Zanim Jędruś wypowiedział następne pytanie natury egzystencjalnej, skarciłem go za wiercenie się na krześle. Panowie, nie łudźcie się, nie macie szans z dziecięcą ciekawością.

Znowu o kurach

Jaskółki donoszą, że w konkurencyjnych kurnikach znacznie zmniejszyła się produkcja jaj. Rolnicy przypisują winę jesieni, że niby to za zimno albo za mało światła. Nie, nie, nie, to tylko wymówki. W naszym kurniku Pod Niebieskim Ptakiem, Stempelki (bo tak nazywają się moje panie) nie lenią się. Drodzy rolnicy, zmniejszona aktywność niosek to wasza wina! Ewentualnie waszych kogutów. Zapominacie, że kura też kobieta. Nie ważne, że ptasia. Chciałoby się rzec – baby to baby (ale oczywiście tak nie powiem). Do szczęścia nie wystarczy im garść ziaren. One muszą czuć się kobieco. Trzeba z nimi porozmawiać, a właściwie wysłuchać. Prawić komplementy, tulić, a nade wszystko pogłaskać tu i ówdzie. Inaczej kobie… znaczy kura nie zadba o jajka. Ba, może poszukać sobie innego kurnika.

kurnik.jpg

Ozdóbki

Różne rejony kraju mają swoje charakterystyczne elementy architektury, jak je nazywam – ozdóbki. Wystarczy pojechać na wschód od Torunia, by na wielkiej równinie zobaczyć drewniane domki pomalowane olejną farbą na zielono i niebiesko. Bory Tucholskie usiane są drewnianymi przystankami autobusowymi. Zawiąż mi oczy, wysadź w tych rejonach, a od razu będę wiedział, gdzie się znajduję. Nie sądziłem, że jedna gmina, a właściwie trzy wsie też może coś odróżniać od reszty świata. A jednak. Gdy pierwszy raz wjeżdżałem na ten teren dwie rzeczy przykuły moją uwagę – chłopi wkopani do pasa w ziemi (ale o tym później)  i koszyki na kwiaty wykonane z opon samochodowych. I nie są to po prostu wypełnione ziemią opony – misternie wycięte i wygięte w odpowiedni sposób przypominają prawdziwe kosze kwiatowe. Całość dopełnia obowiązkowy żółty kolor. Wygląda ta gumowa cepelia po prostu okropnie kiczowato i bardziej szpeci trawniki niż je zdobi. Nie zmienia to faktu, że i ja zrobię stomilowy koszyk i umieszczę go w dobrze widocznym miejscu przed domem. Jestem członkiem tej społeczności i swój kosz muszę mieć! Z dumą będę siadał na ławce przy swym dziele i pozdrawiał przechodzących sąsiadów okrzykiem „Mam i ja”. Zastanawiam się, czy nie dać upustu fantazji i nie zrobić go z opony od ciągnika. Jak myślicie? Że gigantomania? To typowe dla tej ziemi. Okoliczni rolnicy zwykli mawiać, że w tej ziemi wszystko rośnie dorodne. I rzeczywiście nasze warzywa mimo, że nie nawożone są kolosami świata ogrodniczego. Nawet kury jedzące plony tej ziemi znoszą jaja olbrzymy, dwukrotnie większe od marketowych, śmierdzących i niesmacznych niby-jaj. W tej ziemi jest jakaś życiowa siła, która sprawia, że wszystko w niej posadzone rozwija się, rozrasta do nadprzeciętnych rozmiarów. Teraz już wiecie, dlaczego lokalni chłopi udają marchewki zakopując się do pasa?

Na dole marchewka standardowego rozmiaru:

warzywa.jpg

Sąsiedzi

Zadałem sobie tym wpisem trudne zadanie uhonorowania poznanych mieszkańców wsi. Jak to zrobić, by nie przynudzać i nie cukrować? Hmmm… Napiszę prawdę.
Gosia i Robert
Gosia jest przesympatyczną i bardzo spontaniczną osobą. Trochę kojarzy mi się z marihuaną. A tak, tak. Po prostu w towarzystwie kogoś z natury tak radosnego nie sposób mieć zły nastrój. Podoba mi się też jej dbałość o nasze brzuszki. A to sałateczka, a to placuszek… Aż dziw bierze, że jej mąż Robert nie wygląda jak kuleczka.
Robert to niezwykle stateczny, ale ciepły i życzliwy człowiek. A propo ciepła. Za punkt honoru postawił sobie, że przetrwamy zimę w cieple bez brania kredytu na opał i rąbania  mebli. Niewielu jest ludzi na świecie, którzy w niedzielę (i to w dzień swoich urodzin!) zjawiają się z dwoma kubłami węgla u sąsiada, by rozpalić w piecu. Ma jednak Robert straszną i wręcz niewybaczalną wadę. A wyszła ona na jaw w czasie naszej pierwszej próby ujarzmienia centralnego ogrzewania, gdy szczere chęci nasze utonęły w butelce wódki dębowej. Otóż ma chłop mocną głowę. Mam nadzieję, że owa wada to wynik mieszkania na wsi i że i ja się jej nabawię. Jak mawiają – trening czyni mistrza.
Robert wpływa też znacząco na estetykę wsi. Jego trawnik wygląda jak odkurzony dywan. Zauważyłem pewną prawidłowość – jednego dnia słychać kosiarkę w jego posesji, a nazajutrz cała wieś rozbrzmiewa dźwiękiem małych silników. Gdyby nie on inne trawniki byłyby zapewne zarośnięte jak gęba kloszarda, jednak jego trawnik drogą porównania wpływa motywująco na pozostałych gospodarzy. Uszami wyobraźni słyszę żony sąsiadów: „Stary, rusz się, u Roberta tak ładnie skoszone, a ty leniu leżysz!”
Sylwia i Wojtek
Sylwia jest uśmiechem na rowerze. Nie znam jej dobrze, ale szczerze ją polubiłem. Mogłaby okazać się seryjną zabójczynią, a i tak miałaby u mnie spory kredyt sympatii. Dlaczego? Za sprawą jej zachwytu nad moim swojskim ajerkoniakiem. Podobno sama jest mistrzem w przygotowywaniu szlachetnych trunków. Jeśli z równą aprobatą przyjmie moją nalewkę wiśniową, to umieszczę ją w swoim testamencie.
Wojtek, jej mąż, to wesołek, typowa dusza towarzystwa. Biesiadować z takim to czysta przyjemność. Lubi też opowiadać. Przy tej okazji wyszła na jaw jego dziwna, by nie powiedzieć niezdrowa, fascynacja. Gdy opowiada o swoim samochodzie marki Żuk, to jego twarz nabiera marsowych rys, a oczy przypominają te Renaty Beger na widok owsa… czy jakoś tak.
Zuzanna i Andrzej
Sława niektórych wyprzedza ich samych. Dobra sława. Tak było w przypadku tych przemiłych sąsiadów. Zanim zamieszkaliśmy w Kosowiźnie usłyszałem od kilku osób, że będę miał świetnych sąsiadów. I rzeczywiście, są to wspaniali ludzie, na których zawsze można liczyć. 

Dziś nie o kurach

Ej zmienia się optyka na wsi, zmienia. Także priorytety. Spotykam kumpla i starym zwyczajem pytam co u niego. Jak nie zacznie narzekać, że żona odeszła z komiwojażerem, który przyszedł sprzedać wełnianą pościel, że pracę stracił, że kot zdechł, a teściowa żyje… Nie wytrzymałem i wygarnąłem mu niczym Bodzio Linda: „A co ty k… wiesz o kłopotach? Mnie się taczka rozsypała! A Ty przynajmniej pod ciepłą kołderką sypiasz!”  Zdębiał. Nie zrozumiał mojego dramatu. Ot, miastowy, znaczy mięczak. Zaraz po powrocie do domu zamówiłem taczkę. Na tę okoliczność wziąłem urlop, co by kuriera nie przegapić i rychło doczekałem się tego cudeńka. Ach, jaka piękna, cudna… tylko taka jakaś pospolita. Podrapałem się po głowie i wymyśliłem, że skoro na naszym podwórku taczka równie często służy do pracy jak i jako Jędrusiowy środek transportu, to trzeba ją stuningować. Tak oto mamy najprawdopodobniej pierwszą na świecie taczkę z oświetleniem akumulatorowym i tablicą rejestracyjną.

taczka.jpgtaczka1.jpg

Niekończąca się opowieść

Z żalem, pogrążony w smutku, informuję, iż zmarła moja wierna przyjaciółka. Dożyła sędziwego wieku. Los połączył nas późno, pod koniec jej drogi, zatem nie znam historii całego jej życia, jestem jednak pewien, iż starość upłynęła jej na zasłużonej emeryturze w spokoju i szczęściu. Naszym zwyczajem jej doczesne szczątki złożyłem w Wielkim Budowniczym – kompostowniku. Gdy patrzę w chmury wydaje mi się, że widzę ją poprzez zalane łzami oczy, jak biega po niebiańskim wybiegu.
Tak, wiem, powiecie, że to hipokryzja – nie zjadam moich niosek, a potem kończą w kompostowniku. Wierzcie mi, dla kur to czy zjem je w postaci marchewki lub innej rzodkiewki po naturalnej śmierci, czy też skończą w garnku dużo szybciej, stanowi olbrzymią różnicę.
Podobno przesadzam. Ale dlaczego? Bo dostają ciepły posiłek na mleku? Bo z nimi rozmawiam? Bo mają ogrzewany kurnik? Bo zamierzam wstawić do niego radio, a może nawet zamieszkać w nim, by nie czuły się samotne? W czym kurki są gorsze od psów, kotów i innych pupili? Na pewno stanowią ciekawszy obiekt obserwacji z ich rozbudowanym systemem społecznym. Każda z nich ma swoje przyzwyczajenia, swoje dziwactwa i preferencje. Jedna z nich na przykład, obecnie najstarsza, mimo wieku, siwiejących piór (serio!) i pokrzywionych łapek jest niezwykle żwawa i rezolutna. Niestety odkąd mieszka u nas, cały czas ma katar i kicha (dosłownie kicha, zupełnie jak my). Najpierw myślałem, że jest przeziębiona, ale nie, antybiotyk nie pomógł. Dziś siedząc z moimi kurkami zrozumiałem, że jest ona uczulona na ptasie pierze.  🙂

Susza

Myślę, że moda na gadżety do miast przyszła ze wsi. No choćby takie nietoperze. To zwykłe myszy w pelerynach z noktowizorami na oczach. A bażanty? Kury pięknisie. W świecie ludzi gadżetomania króluje w kościele.  Sam wystrój zabytkowego kościółka to ozdóbki, obrazki, rzeźby, kadzidełka… nie mówiąc już o gadżetach liturgicznych – złote kielichy, kolorowe ciuszki, dziwne nakrycia głowy, dzwoneczki… przepych dziwactwa. I tu sprawdza się stara prawda o wyższości treści nad formą. Bo mimo tych wszystkich fantów, mimo modłów, skarg i mimo zawodzenia lokalnej Shakiry (słychać ją nawet na naszym podwórku, gdy zawieje południowy wiatr) deszczu jak nie było, tak nie ma. To już nawet Indianie w pióropuszach skaczący z gołymi tyłkami przez ogniska mają lepsze wyniki w modłach o deszcz. A tu skuteczność zerowa. No dobrze, dość biadolenia, idę podlewać marchewki.

Z dedykacją dla sąsiadki Sylwii

Każda szanująca się wieś powinna mieć swojego Wiejskiego Głupka. Celowo epitet ten piszę z dużych liter, wszak jest to funkcja reprezentacyjna. Coś jak prezydent w kraju, zatem wielkie litery oddają znaczenie takowej persony. Wiejskim Głupkiem nie może zostać każdy. Może to być lokalny ekshibicjonista wyskakujący z krzaków ku uciesze dam, żul-filozof snujący swoje opowieści przy budce z piwem; czy poeta biegający o świcie nago po roziskrzonych rosą polach i tulący się do przydrożnych drzew. Aż ciśnie się na usta – każda wieś ma takiego Głupka, na jakiego zasługuje. Paradoksalnie kim jest Wiejski Głupek wie zazwyczaj cała lokalna społeczność (w moim prywatnym nazewnictwie Aborygeni) prócz niego samego. Kto najprawdopodobniej w naszej wsi piastuje ten szczytny urząd zacząłem domyślać się, gdy sąsiadka powitała mnie słowami: „Tak sobie o Tobie myślałam i wymyśliłam, że we wsi wylądował kosmita.” Nie, nie, dzieci nie biegają za mną krzycząc „kosmita, kosmita” i nie pokazują palcami marsjańskich czułek wystających z głowy. One po prostu nie przychodzą na modelarnię, a do kosmity, czy wujka Zbójka. Cóż, chyba dałem się ponieść wolności jaką daje życie poza miastem – taczka ze światłem, kury wskakujące na kolana pana, rower z przyczepą, modele latające nad głową i psia buda na kółkach. Brakuje jeszcze, abym rzeczywiście latał o świcie z gołym tyłkiem po polach, ale kto wie…  dopiero się rozkręcam.  🙂

CDN