Sobota z ciziami

Dojeżdżałem na miejsce lotów, od którego dzielił mnie zagajnik i wpatrywałem się z niebo nad stokiem. Czarne chmury złowrogo wisiały tuż nad drzewami, a o szyby auta coraz częściej uderzały krople deszczu. Mimo to dostrzegłem kształt szybowca tańczącego we wznoszących się prądach powietrza. „O, zboczeńcy już są” – pomyślałem. I rzeczywiście, gdy dojechałem na miejsce prawie kompletna załoga w strugach deszczu uciekała pod drzewa. Cóż, mieszkam najbliżej, nic dziwnego, że docieram na miejsce na koniec.
Pierwszy zobaczył mnie starosta zboczowy Krzysztof. Niósł w ręku model Sprint, który niedawno kupił ode mnie. Nie cierpiałem tego modelu. Zupełnie go nie czułem. W ostrych nawrotach potrafił zwalić się bez ostrzeżenia na skrzydło, a przy lądowaniu trząsł się jak stary paralityk. Jednak szelmowskie spojrzenie nowego pilota zdawało się mówić „Takiego modelu pozbyłeś się frajerze!” I rzeczywiście, okazało się, że jest to dokładnie model, jakiego oczekiwał i z którego bardzo się cieszy. Ja z kolei w miejsce Sprinta zagospodarowałem model Colibri. Jest to szybowiec idealny dla mnie. Nie posiada lotek, a uczyłem się latać i wiele lat latałem w takim układzie i w nim czuję się najlepiej. Jest stabilny, przewidywalny, ale można się też nim powygłupiać. Koledzy twierdzą, że leniwie reaguje na stery, ale ja uważam, że mają gorszy refleks niż ja i dlatego model z  opóźnieniem wykonuje ich polecenia. 😉 Jest to model niezwykły z jeszcze jednego powodu – należał do naszego kolegi Malinna, który jak go wywija harce między chmurami z aniołkami w niebie. Jak powiedział Piotr K.: „Model relikt”. Po godzince latania Colibri poczułem się tak pewnie, że odważyłem się polecieć tuż nad model dużego szybowca z EPP pilotowanego przez Niezłą Cizię i udawać, że chcę wylądować na jego karku.
A propo Ciź… stanowimy dość dziwaczne towarzystwo. Jest Starosta, czyli Parkingowy, czyli Cieć, czyli Hornet. Jego syn to Damek, a obaj noszą nazwisko Bajer. Świeżo upieczony tata Manaq (który na razie ma inne sprawy na głowie niż latanie). Dwaj koledzy to bracia Cizio. Jest też szalony, ale przesympatyczny Arabat i moja skromna osoba Kosmity. Dojechał także Piotr K. który, jak mam nadzieję, po wczorajszych lotach będzie bywalcem stoków tak jak i my. Zatem Kosmita spędził wczoraj czas z Ciziami, było dużo bajerów, a jeden z kolegów ciągle stara się coś utargować słowami „a rabat?”. Zaś opowiadając dowcip przy Damku czułem się jak bawidamek.
Nie zawiodła pogoda, nie zawiodły modele i nie zawiedli piloci. Na szczególną uwagę zasługuje popis w wykonaniu DamianaC. Niezwykły był widok Pipera, trenerka o wielkim kadłubie i z efektownym oświetleniem, który żaglował niczym rasowy szybowiec F3F udowadniając słowa Horneta, że na stoku lata wszystko. Także Arabat dostarczył nam nie lada emocji podtrzymując tradycję lądowania ala kamikadze – nie na kadłubie, a na skrzydle. Tak, jego lądowania mają niepowtarzalny styl, rzec by można, że są pełne fantazji i ekstrawagancji. Tradycją staje się też  lotnicze ognisko z pieczonymi kiełbaskami i ziemniakami. Jako urodzony prowincjusz z niedowierzaniem przecierałem oczy widząc, jak moi wielkomiejscy koledzy wycierają kiełbaski przed nabiciem na kije, używają sztućcy, a ziemniaki miast zasypiać w żarze owijają folią aluminiową. Dam im trochę czasu, znudzą im się te wielkomiejskie nawyki i niebawem będą wracać z ogniska jak należy – usmarowani, czarni i szczęśliwi… Bo modelarze to duże dzieci, a szczęśliwe dziecko, to brudne dziecko… i wylatane.

Zdjęcie Krzysztof  Bajer

aaa.jpg

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.