Baba z brodą

Nie, takiej okazji do spłodzenia tekstu nie mogłem przepuścić. W konkursie Eurowizji wygrała kobieta z brodą, czy może mężczyzna z brodą przebrany za kobietę. Jak się dłużej zastanowić, to można dojść do wniosku, że to jednak mężczyzna przebrany za kobietę z brodą. A może kobieta przebrana za mężczyznę przebranego za kobietę z brodą… Kto to właściwie jest?
W przeciwieństwie do wielu internautów nie twierdzę, że konkurs powinny wygrać słowiańskie cycki. Piosenka jest żenująca i zarówno treść jak i forma sprowadzają się do przedstawienia Słowianek jako łatwych ślicznotek z pustymi głowami, a Polskę jako zaplecze erotyczne Europy. Z drugiej jednak strony była to miła odmiana w zestawieniu z eurowizyjnym ponuractwem. Nie sądzę jednak, by Conchita Wurst wygrała, gdyby nie miała brody. Nagroda ta jest niczym krzyk – patrzcie, jaka Europa jest tolerancyjna. Czy aby na pewno?
Nie mam nic przeciwko gejom, lesbijkom i innym kombinacjom. Podobnie, jak nie mam nic przeciwko turkuciom podjadkom. To po prostu nie mój świat. Jednak, to co dzieje się w świecie ludzi, w tym organizmie, jakim jest społeczeństwo, zaczyna mnie nie tylko niepokoić, ale także denerwować. Nasilone promowanie homoseksualizmu pod przykrywką tolerancji oraz krzewienie obcej nam kulturowo ideologii gender uważam za społecznie szkodliwą tyranię mniejszości nad większością. I nie mam złudzeń – przedstawianie przez media homoseksualizmu jako cechy pożądanej, wartościowej, czy wręcz modnej wpłynie na dzieci i młodzież w określony sposób. Homoseksualistów będzie coraz więcej. Jest to ślepa uliczka ewolucyjna z prostej przyczyny – zaprzecza naturalnej i fundamentalnej potrzebie każdej żywej istoty – zachowania gatunku na poziomie makro i przedłużenia linii genetycznej na poziomie mikro.
Jednym z elementów promocji homoseksualizmu jest indoktrynacja ideologią gender. Co właściwie kryje się pod tym pojęciem w praktyce? Głównie wpajanie dzieciom, że ich fizyczne cechy płciowe nie mają znaczenia, bo tylko od ich woli zależy, jakiej są płci. Skutek takiej edukacji łatwo przewidzieć – oprócz wspomnianego wzrostu wyuczonego homoseksualizmu także zanik standardowych ról społecznych, a co za tym idzie upadek instytucji rodziny.
Ostatni festiwal Eurowizji i szum medialny wokół kobiety z brodą to także przykład obrzydliwej manipulacji. Próbuje się nam wmówić, niestety w wielu przypadkach z powodzeniem, że kobieta z brodą to coś najzupełniej normalnego, zaś wszystkim tym, którzy mają wobec tego twierdzenia obiekcje przyszywa się łatkę nietolerancyjnych. Esencjonalnie można ująć to w zdaniu, iż odmienność seksualna (nawet w tak groteskowej formie) jest dobra, zaś wszelka opozycja do niej jest zła. A ja się pytam – a co z tolerancją wobec tych, którzy w sposób tradycyjny postrzegają zagadnienia seksualności?
Jak zawsze ktoś pociąga za sznurki. I ma w tym jakiś cel. Tylko jaki? Czy możni tego świata chcą doprowadzić do depopulacji, jak twierdzą zwolennicy teorii spiskowych, poprzez promocję zachowań ograniczających przyrost naturalny? A może to test na to, jak bardzo ogłupiałe są już narody Europy. Wszak jeśli Europejczycy bez oburzenia przyjmą coś tak absurdalnego jak kobieta z brodą jako normę, to można wmówić im niemal wszystko.

Pokłosie

Zabawmy się. Wyobraź sobie, że na Ziemię przybywa Ufok. Chce wylądować w naszym pięknym kraju, ponieważ… ponieważ. Bujając w swym statku na orbicie słucha polskiego radia, czyta polskie gazety (przez Internet) i ogląda polską telewizję, by poznać Ziemian. Jaki obraz mu się wyłania? Polacy to straszni pijacy. I obżartuchy. Do tego bezpłodni impotenci. A jak już komuś urodzi się dziecko, to jest zabijane przez rodziców. Może to i lepiej, bo jak dzieci dorosną, to zabijają rodziców. Jesteśmy też brudasami, dlatego media namawiają nas do dbania o higienę. No i leniami – właściwie nikt nie choruje, wszyscy symulują. A i jesteśmy kłótliwi… A nade wszystko Polacy nienawidzą innych ludzi – Murzynów, Azjatów… i biednych Żydów. I to bez powodu! Ciekawe, czy Ufok wyląduje?
Obserwując media widzę, jak niszczona jest nasza duma narodowa. Dlaczego tak jest? Pogoń za sensacją? Celowe działanie?
Nawet tak marny reżyser, jak Pasikowski tworząc film musi mieć jakiś cel i świadomość konsekwencji jego nakręcenia. Przede wszystkim temat – dlaczego film o marginalnych wydarzeniach antysemickich, a nie o poświęceniu Polaków w ratowaniu Żydów? Dlaczego nie film o często niegodnym zachowaniu samych Żydów podczas okupacji? Dlaczego nie film o roli Żydów w powojennym ucisku narodu polskiego przez komunistyczne służby bezpieczeństwa? Salomon Morel, Jakub Berman, Hilary Minc, Józef Światło, Anatol Fejgin, Adam Teofil Humer, Henryk Holland… i wielu, wielu innych! Byłby to naturalniejszy temat dla polskiego reżysera. Przecież wiadomym było, że „Pokłosie” z jednej strony obrazi Polaków wzniecając falę antysemityzmu, a z drugiej wywoła jeszcze większy antypolonizm widza żydowskiego. Dlaczego stworzono film wzniecający nienawiść? A może miał on wywołać wyrzuty sumienia (niesłuszne zresztą) u Polaków? Jeśli tak, to po co? Dlaczego ustami prezydenta USA puszcza się w eter „pomyłki” o polskich obozach zagłady? Co ma się wydarzyć, że nakręcana jest spirala antysemityzmu, a on sam jest wyolbrzymiany? Dlaczego ktoś próbuje oczernić nas w oczach świata, a w nas wywołać poczucie wstydu? Dlaczego…? Wiele pytań, a odpowiedź zawsze ta sama – pieniądze. Ale to jeszcze przed nami.

Święto Niepodległości

Jesteśmy parobkami we własnym kraju. Dzika prywatyzacja, szemrane transakcje, chybione reformy, upadające firmy i instytucje państwowe, unijne fundusze „inwestowane” w Orliki, a nie fabryki, seryjny samobójca grasuje… Demontaż kraju trwa. Służba zdrowia zniszczona. Wojsko to wielkie biuro, a nie siła militarna. Koleje zniszczone. Nawet komisariaty są likwidowane. Żyje się nam coraz gorzej, a to dopiero początek, bo kapitał stale jest wyprowadzany za granicę, a zadłużenie rośnie. Odczuwają to niemal wszyscy. Więc dlaczego siedzimy na czterech literach? My, dumni Polacy, wiecznie niepokorni, waleczni i kochający wolność, patrzymy na czwarty – ekonomiczny i polityczny – rozbiór ojczyzny.
Duża część społeczeństwa to trzoda chlewna karmiona medialną, ogłupiającą papką. Wiara w to co przekazują media mnie zadziwia. Podobnie jak ekscytacja sztucznym światem celebrytów, serialami i telewizyjnymi showami. Ci nieliczni, którzy widzą, że coś jest nie tak i chcą coś z tym zrobić często wpadają w pułapkę, pułapkę z której trudno się uwolnić. Pułapkę zastawioną przez władze. Jest nią podział. Model dwupartyjności to nie przypadek. Jest znanym na świecie sposobem na stworzenie pozorów demokracji i na ideowe podzielenie ludności. W naszym kraju dochodzi do tego silny podział na skrajną prawicę i lewactwo. Im ten podział silniejszy, im wrogość różnych frakcji większa, tym byt elit politycznych (zarówno rządzących jak i opozycyjnych) pewniejszy. Skłócony, podzielony naród nie jest zdolny do rewolty, bo ściera się między sobą.
Nic dziwnego, że rządzący nakręcają tę spiralę nienawiści. Zachowanie mediów przed Świętem Niepodległości nie dawało złudzeń – atmosfera była podgrzewana. Nie byłem w Warszawie, nie widziałem zamieszek, jednak relacje zwykłych ludzi nie pozostawiają wątpliwości – podobnie jak w zeszłym roku dochodziło do prowokacji. A wystarczy mała iskra…
Kto zdoła zjednoczyć ludzi, gdy nienawiść i zaślepienie są tak wielkie? Kto zdoła uświadomić im, że prawdziwi ciemiężyciele to wielkie finansowe kartele, którym podległa jest międzynarodowa polityka zachodu?
Tracisz kolejne drobiny wolności i człowieczeństwa. Pętla zaciska się powoli, bardzo powoli. Tak powoli, że załatwiając kolejną pilną sprawę, kupując mebel, czy patrząc na kolejny odcinek pląsających gwiazd nie zauważasz sznura na swej szyi. Gdy spojrzysz w lustro i zobaczysz siną i napuchniętą gębę będzie już za późno.

Sobota z ciziami

Dojeżdżałem na miejsce lotów, od którego dzielił mnie zagajnik i wpatrywałem się z niebo nad stokiem. Czarne chmury złowrogo wisiały tuż nad drzewami, a o szyby auta coraz częściej uderzały krople deszczu. Mimo to dostrzegłem kształt szybowca tańczącego we wznoszących się prądach powietrza. „O, zboczeńcy już są” – pomyślałem. I rzeczywiście, gdy dojechałem na miejsce prawie kompletna załoga w strugach deszczu uciekała pod drzewa. Cóż, mieszkam najbliżej, nic dziwnego, że docieram na miejsce na koniec.
Pierwszy zobaczył mnie starosta zboczowy Krzysztof. Niósł w ręku model Sprint, który niedawno kupił ode mnie. Nie cierpiałem tego modelu. Zupełnie go nie czułem. W ostrych nawrotach potrafił zwalić się bez ostrzeżenia na skrzydło, a przy lądowaniu trząsł się jak stary paralityk. Jednak szelmowskie spojrzenie nowego pilota zdawało się mówić „Takiego modelu pozbyłeś się frajerze!” I rzeczywiście, okazało się, że jest to dokładnie model, jakiego oczekiwał i z którego bardzo się cieszy. Ja z kolei w miejsce Sprinta zagospodarowałem model Colibri. Jest to szybowiec idealny dla mnie. Nie posiada lotek, a uczyłem się latać i wiele lat latałem w takim układzie i w nim czuję się najlepiej. Jest stabilny, przewidywalny, ale można się też nim powygłupiać. Koledzy twierdzą, że leniwie reaguje na stery, ale ja uważam, że mają gorszy refleks niż ja i dlatego model z  opóźnieniem wykonuje ich polecenia. 😉 Jest to model niezwykły z jeszcze jednego powodu – należał do naszego kolegi Malinna, który jak go wywija harce między chmurami z aniołkami w niebie. Jak powiedział Piotr K.: „Model relikt”. Po godzince latania Colibri poczułem się tak pewnie, że odważyłem się polecieć tuż nad model dużego szybowca z EPP pilotowanego przez Niezłą Cizię i udawać, że chcę wylądować na jego karku.
A propo Ciź… stanowimy dość dziwaczne towarzystwo. Jest Starosta, czyli Parkingowy, czyli Cieć, czyli Hornet. Jego syn to Damek, a obaj noszą nazwisko Bajer. Świeżo upieczony tata Manaq (który na razie ma inne sprawy na głowie niż latanie). Dwaj koledzy to bracia Cizio. Jest też szalony, ale przesympatyczny Arabat i moja skromna osoba Kosmity. Dojechał także Piotr K. który, jak mam nadzieję, po wczorajszych lotach będzie bywalcem stoków tak jak i my. Zatem Kosmita spędził wczoraj czas z Ciziami, było dużo bajerów, a jeden z kolegów ciągle stara się coś utargować słowami „a rabat?”. Zaś opowiadając dowcip przy Damku czułem się jak bawidamek.
Nie zawiodła pogoda, nie zawiodły modele i nie zawiedli piloci. Na szczególną uwagę zasługuje popis w wykonaniu DamianaC. Niezwykły był widok Pipera, trenerka o wielkim kadłubie i z efektownym oświetleniem, który żaglował niczym rasowy szybowiec F3F udowadniając słowa Horneta, że na stoku lata wszystko. Także Arabat dostarczył nam nie lada emocji podtrzymując tradycję lądowania ala kamikadze – nie na kadłubie, a na skrzydle. Tak, jego lądowania mają niepowtarzalny styl, rzec by można, że są pełne fantazji i ekstrawagancji. Tradycją staje się też  lotnicze ognisko z pieczonymi kiełbaskami i ziemniakami. Jako urodzony prowincjusz z niedowierzaniem przecierałem oczy widząc, jak moi wielkomiejscy koledzy wycierają kiełbaski przed nabiciem na kije, używają sztućcy, a ziemniaki miast zasypiać w żarze owijają folią aluminiową. Dam im trochę czasu, znudzą im się te wielkomiejskie nawyki i niebawem będą wracać z ogniska jak należy – usmarowani, czarni i szczęśliwi… Bo modelarze to duże dzieci, a szczęśliwe dziecko, to brudne dziecko… i wylatane.

Zdjęcie Krzysztof  Bajer

aaa.jpg

Mała Madzia z Sosnowca

-Wyjdą!
-Przy takim poparciu? Przy takim chaosie?
-Wyjdą panie premierze, nawet bydło zbuntuje się zanim zdechnie! Już wychodzą.
-To zorganizujemy prowokację, tak jak w listopadzie, wiesz, jedenastego.
-To było niepotrzebne, ostrzegałem. Teraz sami się pilnują.
-To znowu ich czymś zajmijmy. Kościół? Kibole?
-Już nie działa.
-To z Jarem zrobimy wojenkę. Wciąga ich ten cyrk.
-Panie premierze, wat, bezrobocie, paliwa rosną, podwyżki, ACTA i jeszcze emerytury. Kurwa wyjdą. Janusza wysłaliśmy, nie przejął, przepędzili.
-To co teraz?
-Poprosiłem naszych, są badania.
-I?
-Coś niepolitycznego, coś wrażliwego społecznie, coś co ich ruszy?
-Ale co?
-Śmierć dziecka.
-Gówno. Dzieci umierają, na białaczki, na sraczki… Codziennie. Jeszcze nas obwinią.
-To musi być cała historia, jak w książce, nie kurwa, jak w serialu… kryminał. Nasi już szukali i mają.
-Co?
-Śmierdząca sprawa, bardzo śmierdząca. Było kilka, ale tu od razu wiedzieli, że to rodzice, tylko udowodnić. Gówniarze mówią, że to porwanie. Tkliwa patologia.
– Niezła pasza.
-Można przeciągnąć. Wypuścimy naszych, reszta hien podłapie. Krzychu jest na fali. To on będzie pilotował. Ma u nas dług.
-Zgodzi się?
-Jasne, ma parcie na szkło. Zrobimy z niego pieprzonego Zawadę.
-A ja?
-Siedzieć cicho.
-Ale…
-Wykonać!… panie premierze.

Bajka na dobranoc

Wszyscy jesteśmy bogami

Karif Samel Husajn w imieniu sułtana tak potężnego, że nie wolno było wymieniać jego imienia, dbał o porządek i bezpieczeństwo na szlakach Pustyni Wschodniej. Nie było to zadanie łatwe. Karawany transportujące płótna, egzotyczne owoce i białe jak piasek kobiety do krainy sułtana tak wielkiego, że jego imienia nie wypowiem oraz te wracające na stary kontynent z kosztownościami, przyprawami i innymi towarami często atakowane były przez hordy na wpół dzikich ludzi pustyni, kryjących się wśród oaz. Na nic zdało się  uzbrajanie beduinów i przydzielanie im eskorty z najlepszych żołnierzy sułtana, którego imienia oczywiście nie wypowiem. Jedni i drudzy na sam widok bandytów z pustyni uciekali w popłochu we wszystkie strony, tak, że wracali do domów wyczerpani po tygodniach tułaczki, a czasem ginęli na wsze czasy.  Karif  kazał przyprowadzić do siebie tchórzy z jednej z wypraw, by przy pomocy subtelnej perswazji lekkich tortur dowiedzieć się, dlaczego pustynia jest tak niebezpieczna. Odpowiedzi zeznających były do siebie podobne. „Cóż znaczę wobec majestatu sułtana, którego imienia nie wypowiem. On moim panem i obrońcą. On swoim majestatem obroni swoje towary przed złem, jeśli taka będzie jego wola.” Na Karifa nadszedł czas próby. Sułtan, ten którego imienia nie śmiem wypowiadać, wezwał go przed swoje oblicze i oznajmił: „Za dwa księżyce z miasta mego, w mym państwie, przez moją pustynię wyruszy karawana z diamentem tak jasnym, jak moje oblicze. Jeśli dar ten nie dotrze do Wielkiego Sułtana Zachodu, to nie odda mi swej córki, by została moją tysięczną żoną, a wtedy głowa twoja spadnie Karifie i rzucona będzie psom na pożarcie.” Strapiony Karif nie spał dwa księżyce obmyślając sposób zachowania głowy, z którą – jak sam mawiał –  wielce się zżył. Ostatniego ranka udał się po poradę do znanego mędrca, który znał przeszłość i przyszłość tak dobrze, iż myliły się mu one ku uciesze maluczkich, ale to zupełnie inna opowieść. Starzec wymamrotał pod nosem jakieś zaklęcia, obrócił się trzy razy w dziwnym tańcu, po czym zadumał się i wyszeptał coś do ucha Karifa. Ten widząc, że ma do czynienia z człowiekiem, któremu wiek zmącił umysł, zapłakał tracąc nadzieję na ratunek. Jednak w desperacji posłuchał rady starca i odprawiając karawanę wypuścił niczym zdradzieckiego węża plotkę o tym, że sułtan, którego imienia nie wypowiedział opuścił ten padół, by świecić na niebie jako nowa gwiazda wśród swoich przodków.
Kolejny księżyc minął Kalifowi na żegnaniu się z rodziną i przyjaciółmi, wszak nie miał nadziei na ocalenie. Rankiem do drzwi jego domu załomotali żołnierze, by poprowadzić go przed oblicze sułtana tak wspaniałego, że nie zdradzę wam jego imienia. Padł przed jego oblicze, powierzając mu swoją głowę. Sułtan podszedł do niego na odległość wyciągniętego ramienia, co było niezwykłe i oznajmił (wszak sułtan nie mówi, nie pyta i nie prosi, a oznajmia swą wolę): „Wlałeś w szeregi obrońców diamentu tak wielkie męstwo, iż pustynia nie widziała do tej pory takiego bohaterstwa. Barbarzyńcy uciekali w popłochu przed mieczami mych żołnierzy i padali pod nimi trupem. W nagrodę otrzymasz tyle złota, ile zdołasz unieść.” Karif nie zapomniał o starcu, któremu zawdzięczał ocalenie. Wziąwszy dwie garście złota udał się do groty mędrca, by podziękować i dowiedzieć się, dlaczego w żołnierzach odżył duch walki. Ten przyjął podarunek z wdzięcznością i zaczął swą opowieść. „W dawnych czasach po ziemi chodzili olbrzymi wielcy jak domy. Do dziś rolnicy znajdują ich białe kości w piaskach pustyni. Jednak z czasem duch człowieczy skarłowaciał i stał się niczym liść płynący po powierzchni potoku targany od brzegu do brzegu. Dla wygody własnej i ze strachu człowiek oddaje swój los bytom wyższym i zastanym. Gdy jednak zabraknie boga zmuszony jest wziąć lejce wozu życia i wtedy okazuje się, że wszyscy jesteśmy bogami.”

TV

Rolnik oszukuje kury. Gdy nadchodzi zima, to przedłuża dzień w kurniku sztucznym światłem. Nie robi tego dla dobra kur. W naturze byłby to czas odpoczynku dla nioski. Lecz rolnik chce jaj, a nie kurzych wakacji. Kura ma wpatrywać się w żarówkę jak w boga z zachwytem, a nie zastanawiać dlaczego dzień się nie kończy, dlaczego nie ma zimy, dlaczego nie ma pierzenia i przerwy w znoszeniu jaj. Nade wszystko kurze nie wolno się zastanawiać, co dzieje się z jej jajkami.
Od pół roku nie mam telewizora. Był to wybór świadomy i bardzo trafna decyzja, którą polecam każdemu, kto dba o siebie samego. Telewizja tworzy nieprawdziwy, równoległy świat. Tak subiektywny i napastliwy, że zamiast być odzwierciedleniem świata prawdziwego stała się jego kreatorem. Im bardziej wciągający, im ciekawszy program czy film, tym gorzej dla widza! Bo odciąga go od świata realnego i uzależnia. Zastępuje prawdziwe doznania, kontakt z żywym człowiekiem i witalność kolorową papką. A przede wszystkim zastępuje niezależne myśli, opinie, a nawet uczucia ludzi zaprogramowanym substytutem. Jest to teatr tak subiektywny i atrakcyjny, że ma moc kreowania widza, a właściwie widzów jako jednolitą, odindywidualizowaną masę przeżywającą śmierć jakiejś Hanki z serialu.
Dlatego zawsze, gdy Twoje dziecko siądzie przed ekranem, zastanów się, kto pokazuje mu rzeczywistość, kto przekazuje mu wartości, kto go tworzy i wychowuje? Zatem czyje to dziecko?
Tak, wiem czytelniku, Ciebie to nie dotyczy. Ty mało oglądasz telewizję. „To tylko godzinka, dwie dziennie. No może  trzy.” Ty nie jesteś uzależniony, prawda? Tak? Proponuję Ci, drogi czytelniku eksperyment – po przeczytaniu tego tekstu wyłącz odbiornik i nie włączaj przez tydzień.

Jedenaste – nie kłam

Już w dzieciństwie jako wyznacznik zachowania podsuwa się nam kodeks moralny, religijny kodeks moralny. Niemal zawsze przyjmowany jest z respektem i bardzo często zamiatany w najdalszy kąt głowy. Wszak jako nieidealni grzeszymy i świadomość istnienia idealnej formy dziesięciu przykazań wywołuje w nas wyrzuty sumienia. Czy jednak na pewno idealny? Czy można uznać go, jak chcieliby niektórzy, za uniwersalny sposób regulacji stosunków międzyludzkich? Przypomnijmy sobie zasady, według których kazano nam żyć:
1.     Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną.
2.    Nie będziesz wzywał imienia Boga twego nadaremno.
3.    Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.
4.    Czcij ojca swego i matkę swoją.
5.    Nie zabijaj.
6.    Nie cudzołóż.
7.    Nie kradnij.
8.    Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.
9.    Nie pożądaj żony bliźniego swego.
10.    Ani żadnej rzeczy, która jego (bliźniego) jest.
Trzy pierwsze przykazania mają charakter ściśle religijny, zatem w świecie pełnym innowierców i ateistów nie mają zastosowania. Pozostaje zatem siedem przykazań, które miałyby kształtować moralność chrześcijańskiej europy. Należy czcić rodziców, nie wolno zabijać, nie wolno sypiać z sąsiadką, nie wolno kraść, nie wolno oczerniać sąsiada, nie wolno sypiać z sąsiadką gdy jest zamężna i nie wolno zazdrościć jej mężowi nowego samochodu, względnie osła, czy sługi. Zaraz, zaraz… Nie brakuje Wam czegoś? A kłamać wolno? Hmmm…

Maciej

Czasami, bardzo rzadko, pojawia się ktoś z klasą. O takich ludziach mówię, iż nie da się ich nie lubić. I rzeczywiście, we wszystkich wywołują pozytywne skojarzenia. To, co mnie w nich zadziwia, to to, że wiedzą. Wiedzą jak zachować się w różnych sytuacjach, wiedzą jak pogodzić zwaśnionych… wiedzą bardzo dużo rzeczy, niedostępnych zwykłym śmiertelnikom. Maciej wiedział też, gdzie podłożyć deseczkę balsową, by poleciał model. Po prostu wiedział. Brał do ręki aparaturę, polatał chwilę i mówił mi, że mam zrobić to, czy tamto. I rzeczywiście coś, co tylko unosiło się w powietrzu, nagle nabierało duszy. Widać miał jej w sobie tak wiele, że obdarowywał świat dookoła.
Gdy Go słuchałem, gdy patrzyłem jak lata, gdy oglądałem filmy z jego wyczynów rowerowych wiedziałem, że mam do czynienia z wolnym człowiekiem. I tak jak żył tak zginął – śmiercią wolnego człowieka. Przy stoku na którym wspólnie lataliśmy nadal są w ziemi dziury, w których miał nadzieję odnaleźć swoje ulubione, zagubione  zwierzątko.  Ten młody człowiek, zbyt młody by umierać, zostawił też dziury w sercach wielu ludzi, którzy mieli szczęście Go poznać.

Klimaty cz. 14 Hans Zimmer – Dream is collapsing

Mój znajomy mawia, iż trzeba sprawdzać marzenia. Ja twierdzę, że należy je przede wszystkim mieć. Działanie zaczyna się od myśli, koncepcji, a często właśnie od marzenia. Nawet te chybione popychają nas do przodu, a przynajmniej wprawiają w ruch i zapewniają doznania. Zaś w obliczu jedynego pewnika w życiu, jakim jest śmierć, istotą życia nie jest posiadanie dóbr materialnych, nie jest nią nawet idea. Istotą życia jest doznawanie. Życie składa się w istocie obrazów, dźwięków, zapachów, słów, znaczeń i tej życiowej esencji, która powstaje w ludzkich umysłach i sercach pod wpływem tych bodźców. W marazmie życiowym, w bezruchu, w oddaniu się materializmowi doznania są ubogie i życie staje się w istocie wegetacją.
Czym marzenia różnią się od myśli, planów, koncepcji? W przeciwieństwie do tych ostatnich marzenia nie są tylko wolą, ale łączą w sobie świadomą wolę i emocje. To właśnie emocje, uczucia nadają woli wyjątkowy status i niebywałą siłę. Martin Luther King nie powiedział „Pomyślałem dziś…”, on zdając sobie sprawę z mocy marzeń wypowiedział jedne z najważniejszych w historii słów: „Miałem sen…”.
Wiele mądrych głów nauki zastanawia się nad tym, co jest determinantem życia społecznego, innowacji. Co jest pierwotnym czynnikiem wpływającym na tok historii. Być może tym atomem, z którego składa się zmienność i rozwój cywilizacji jest właśnie marzenie. Ono różni nas od innych zorganizowanych grup zwierzęcych, spośród których tylko ludzkość ulega tak szybkim zmianom. To marzenie jednej charyzmatycznej osoby sprawia, że tworzą się i upadają cywilizacje. Potęga emocji jest nieograniczona. Dlatego zabawa nimi jest jak zabawa uzbrojoną bombą – nie jest kwestią to, czy wybuchnie, lecz kiedy. Wtedy marzenia zapadają się.