Oblot modelu Multi

Gdy rano (skoro świt o dziesiątej) otworzyłem oczęta, ujrzałem za oknem nieruchome liście drzew oblane światłem słonecznym. Radość we mnie wielka wstąpiła, gdyż od kilku dni wybierałem się na pobliską łąkę nauczyć latać (lub ryć nory w ziemi) nowy model motoszybowca. Zmusiłem zatem oporne ciało do nadludzkiego wysiłku podźwignięcia się z łóżka, dokonałem rytuałów higienicznych, brzuszek napełniłem, bateryjki podładowałem i już miałem pakować „dziewicę” do auta, gdy przypomniałem sobie, że jestem umówiony ze znajomymi na basenie. Cóż było robić – słowo rzecz święta. Tedy zamiast zdobywać przestworza znalazłem się w wodzie. Gdy zniecierpliwiony wyskoczyłem z pływalni okazało się, że zerwał się wiatr, sprowadzając w dodatku burzowe chmury. Prawo Murphiego jest jak idee marksizmu – wiecznie żywe. Mimo wszystko, wraz z pływacką ekipą, ruszyliśmy na „lotnisko” dokonać nieuniknionego. Burza była jeszcze daleko, wiatr nieco osłabł, ale zdawał się wiać z każdej strony na raz. Nie było to jedyne utrudnienie. Zaobserwowałem u siebie typowe objawy psychosomatyczne Zespołu Pierwszego Lotu: problemy z mową, drżenie nóg i rąk, szum w uszach i brak kontaktu z otoczeniem. Kolega wzorowo wypuścił model, który szybko nabrał wysokości. Za szybko, dużo za szybko. Przyzwyczajony do napędu z przekładnią zdziwiłem się widząc, jak szybko leci model z napędem bezpośrednim. Moja zaduma nie trwała jednak długo, gdyż model zadarł nos, przepadł i znalazł się niebezpiecznie blisko ziemi. Próba wyprowadzenia szybowca z tej sytuacji wzbudziła podziw moich przyjaciół – Piotr, jaka piękna pętla, usłyszałem. Tylko refleks, szybki niczym język węża, uratował mnie przed katastrofą. Aha, myślę sobie, ster wysokości ma za duże wychylenia, trzeba z nim postępować jak z kobietą – delikatnie. Już po chwili nauczyłem się utrzymywać pożądaną wysokość. Gorzej było z kierunkiem. Zmienny wiatr targał modelem na boki. Mimo to polatałem kilka minut, wykonałem pętlę (tym razem planowaną), krótki lot plecowy i lot z wyłączonym silnikiem. Po tych testach, nie chcąc narażać się na utratę modelu, wylądowałem, odkładając kolejne starty na bezwietrzne dni. Okazało się, że w powietrzu, prawdopodobnie w czasie wykonywania niezamierzonej pętli, zgubiłem osłonę kabiny. To tłumaczy wrażliwość szybowca na turbulencje.
Multi, bo tak nazywa się bohater tej opowieści, to wyrób polskiej firmy SAU, kadłub wykonany jest z odpornego na uszkodzenia tworzywa, belka ogonowa z rurki węglowej, a skrzydła ze styroduru oklejonego cienkim kartonem. Napędzany jest silnikiem 280, rozpiętość skrzydeł 110cm i wagę około 300gram. Mimo braku osłony kabiny (olbrzymia dziura w pękatym kadłubie) dobrze szybuje. Dzisiejszy lot odbywał się w trudnych warunkach, niewytrymowanym modelem, bez osłony kabiny, co mogło być przyczyną jego nerwowości. Moja ocena modelu jest bardzo wysoka. Ma on być moim tegorocznym ?wołem roboczym?, docelowo napędzanym małym i prostym silnikiem 3f, na łożyskach ślizgowych.
Bogaty opis modelu znajdziecie tu: http://www.modelarstwo.org.pl/lotnicze/zestaw/inne/multi/index.html

Z klubu Latanie Na Luzie rok 2004