Pamiętniki wiejskie – Kosowizna

Wsi spokojna, wsi wesoła… dawno temu napisał niejaki Kochanowski. Gdyby słowa te padły dziś oznaczałoby to, że autor bądź jest opłacany przez lobbing agroturystyczny, bądź też nie  jest Polakiem. Wszak od wielu wieków jedną z głównych cech narodowych jest malkontenctwo.
Wyemigrowałem na wieś! Tak, „wyemigrowałem” to dobre słowo. Przeprowadzić można się z jednego domu do drugiego, z jednego miasta do drugiego, z jednej wsi do drugiej. Ja, urodzony mieszczuch wyemigrowałem na wieś. Mieszczuch w małej wsi. Jak mawia moja koleżanka (ku zawstydzeniu swojego mężczyzny) – „na starość wszystko się chłopom kurczy”. Czyżby zatem mózg mi się kurczył? A może to spełnienie marzeń?

Ranek

Pobudka jest wczesna. Budzące się słońce bez przeszkód puka do okien, a ptaki rozpoczynają swoje piękne śpiewy. Czy te pierzaste cholery nie mogłyby pospać trochę dłużej. To niesprawiedliwe. Jedne wstają rano i chodzą szybko spać, inne wylegują się w krzakach jak żule na kacu. To jakaś zmowa! To ptasia, zorganizowana grupa przestępcza, która na dwie zmiany nęka ludzi swoim śpiewem. Owszem, pięknym. Jednak taki nadmiar doznań estetycznych zamienia się w lukrowane katusze. To tak, jakby sąsiadować z operą i codziennie wysłuchiwać prób. Niektórzy mają takiego pecha, że skrzydlata szajka nęka ich nawet nocą pohukiwaniem sów. Tu objawia się wyższość ssaków nad ptactwem – wszak nietoperze są nieme. No cóż, nie bez powodu bóg stworzył nas owłosionymi.

Jak zostać chłopem?

Jak stać się chłopem, a raczej jak nie być miejskim lalusiem? Nie wiem, zapewne stworzyłem swoistą hybrydę cech obu skrajnie różnych nacji. Wystarczy trochę ziemi i kilka zwierząt, a spośród wielu młotów w warsztacie zaczynam wybierać te największe. Skóra na dłoniach staje się gruba, a one same twarde jak chwytaki robotów. Nawet treningi na siłowni tak nie utwardzają charakteru. Tu byle rana, byle ciężar nie stanowi takiego problemu jak w mieście. Trzeba otrzeć krew, pot i pracować dalej. Jednocześnie, jakby bojąc się zchłopienia absolutnego polubiłem się perfumami wszelkimi i wodami toaletowymi. Tyle, że stosuję je także nie po chłopsku, bo na zewnątrz. Zapewne stałbym się pośmiewiskiem wsi, gdyby wiedziano, iż z moimi pupilkami – kurami Świnką i Balbinką – łączą mnie więzy ponadgatunkowej sympatii. Dużo się tulimy i rozmawiamy z sobą. Oczywiście każde w swoim niezrozumiałym języku, jednak z tonu ich gdakania rozumiem, iż są to kury szczęśliwe. Ma to też złe strony. Nagle potrawy drobiowe nie smakują jak dawniej. Oczywiście moje ulubienice, gdy już przestaną znosić jajka nie trafią do garnka, a przejdą na zasłużoną emeryturę. Jednak niezręcznie się czuję jedząc ich kuzynki.
Na wsi wyostrzył się mój instynkt terytorialny, silny przecież u każdego mężczyzny. Tak , tak drogie Panie, to nie bałaganiarstwo sprawia, że rozrzucamy po mieszkaniu zużyte skarpetki. My tak znaczymy teren. I cieszcie się proszę, że nie sikamy po kątach. Tu każde przestawienie przez osoby postronne narzędzi, czy próba dawania mi jedynie słusznych rad wprawia mnie w nastrój pod tytułem „Ja tu jestem gospodarz”. Może dlatego kosę powiesiłem w łatwo dostępnym miejscu.

Cykliści

A na cóż mi Amsterdam? Fakt, kanał mamy na wsi tylko jeden i to mały, ale woda w nim czysta i wartko płynąca, co nie spodobało się komarom wstrętnym i wyemigrowały za góry, za lasy. Za to rowerów co niemiara. Składaki, damki, miejskie, kolarzówki, górale… I dzieci i dorośli i starzy… wszyscy migrują w tę i z powrotem po jedynej ulicy. A tak tak, jedynej. Jak na dzikim zachodzie, tylko zieloności więcej i taczanki nie turlają się po nagrzanym asfalcie. Ten wszak oblężony jest przez wszelkiej maści cyklistów. Dziś na przykład przed naszym domem pędziła zadziwiająco szybko kobieta w wieku zaawansowanym, stroju odświętnym, zawodząc na całą okolicę pieśni maryjne. Znać było, że anioł jaki wspomaga ją w jeździe pchając ją do przodu. Albo on głuchy był, albo z piór własnych ukręcił zatyczki do uszu, bo zawodzenie staruszki okrutne było. Chwilę później sportowiec jakiś szyku zadawał swoim super ekstra i ultra nowoczesnym i lekkim rowerem, strojem tak obcisłym, że tylko okulary chroniły gałki oczne przed wypadnięciem i kaskiem o kształcie myśliwca odrzutowego. Muskulatura jego wskazywała na lata treningów i bogatą suplementację, a może i coś więcej. Marny był jednak jego doping wobec anielskiego serwisu, bo wiejskiej baby dogonić nie zdołał.

Wieś uczy toleranci

Szukając domu zwiedziliśmy wiele miejscowości, zadziwiająco różnych. Gdy wjeżdża się do popeegierowskich pipidówek na końcu świata, to z rozsypujących się chałup i zdewastowanych bloków kołchozowych wylegają zaniedbane kobiety podejrzliwie patrząc na obcych. Stadka małych dzieci bawią się przy zarośniętych rowach, w których zapewne leżą ich upici w trupa ojcowie. Tu zapewne wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą, jak w wielkiej rodzinie, patologicznej rodzinie. Lecz są też takie wsie jak nasza – tętniące życiem centra gminne z zakładami produkcyjnymi i usługowymi, ze sklepami, urzędem, szkołą, fryzjerem, ośrodkiem zdrowia, a nawet pizzerią. Życie tu zapewnia spokój i kontakt z naturą, ale oferuje też dostęp do owoców cywilizacji nie gorszy niż w małym mieście. Daje też poczucie wolności, którego nie ma ani w małych zwartych wsiach, ani też miasteczkach, czyli ludzkich mrowiskach. Domy są tu oddalone od siebie o kilkadziesiąt metrów, czyli  dostatecznie blisko, by się znać i odwiedzać, a dość daleko, by nie być pod stałym okiem sąsiadów. Może dlatego wieś zdaje się tolerancyjna, a ludzie swobodni. Tu w przeciwieństwie do miasta nie ubiera się garnituru od Prady idąc wyrzucić śmieci, a idzie się w tym, w czym akurat się jest, np. samych ślipkach. I nikogo to nie dziwi. Nawet omijanie szerokim łukiem kościoła zdaje się tu być niezauważane. Ot – wolność Tomku w swoim domku. Atmosfera swobody udziela się także zwierzętom, w tym naszym dwóm kurom. Jedna z nich zaczęła strasznie panoszyć się na podwórku, chodzić z wypiętą piersią i skrzeczeć. Najpierw myślałem, że jest chora, później uświadomiłem sobie, że to nieporadne próby… piania! Wzbudziło to pewne moje podejrzenia, jednak doznałem prawdziwego szoku, gdy niezauważony wszedłem do kurnika i przyłapałem moje pupilki w sytuacji… Cóż, powiem to wprost – mam kury lesbijki. Wieś uczy tolerancji.

Stefan

Stare domy przypominają ser szwajcarski, w którym schizofreniczna mysz próbuje załatać wszystkie dziury. A co jest najlepsze na dziury? Antidotum na wszystkie budowlane bolączki. Nie, nie zaprawa, ta jest jak relikt średniowiecza. Broń boże firma remontowa. Dziś budownictwo opiera się na najwspanialszym wynalazku ludzkości (zaraz po energii atomowej) – na piance budowlanej.
Trzeba załatać wielką dziurę pod parapetem. Cóż prostszego – puszka pianki. Jednak najpierw trzeba pozbyć się jakiegoś starego gniazda. Problem w tym, iż gniazdo nie było tak stare, jak myślałem i wyskoczył z niego wróbli pisklak. Wsunąłem sianko z powrotem do otworu, pisklaka umieściłem na miejscu. Teraz mam o jedno zwierzątko do opieki więcej. Nawet przyzwyczaiłem się do smaku dżdżownic w ustach. A szczerze mówiąc czerwone robaki są całkiem smaczne. Tylko owłosione gąsienice gilgoczą w nos, gdy karmię Stefana „z dziubka”.

Nocna przygoda

Może to wpływ świeżego powietrza. Może to za sprawą zdrowszej żywności. Zwierzęta na wsi są jakieś… sprytniejsze. Na przykład kura udająca koguta stwierdziła, że nie będzie dzielić się z nikim swoimi jajami. Zaraz po zniesieniu zjada je. Szczerze mówiąc nie jestem pewien, czy to wynik jej sknerstwa, czy jako kogut wstydzi się tej damskiej, bądź co bądź, czynności i chce ukryć ją przed światem. Na nic zdaje się moja perswazja i przytaczanie starego przysłowia, że koguty też znoszą jaja. Odpowiada mi w swoim kurzym języku (który oczywiście znam), że i owszem znoszą, ale tylko gdy schodzą po drabinie.
Psa Fafika miałem za dobrodusznego gamonia. Nieco zmieniłem zdanie, gdy dowiedziałem się, iż oswoił gospodarzy z sąsiedztwa, którzy nawet chcieli przygarnąć „biedaka” na stałe. Cwana bestia – dwu panów, to dwa razy więcej karmy, a obowiązków tyle samo, bo domy są położone blisko siebie i wystarczy położyć się przy drodze między nimi, by doglądać obu gospodarstw. Fafik jest też międzywioskowym Casanovą. Jak donoszą właściciele wzdychających suczek jego rewir rozciąga się od Kijewa po Watorowo. Nic zatem dziwnego, iż znika z domu na całe dnie i noce. To źle, bardzo źle. Wszak pies powinien pilnować domu, zwłaszcza nocą, przed złodziejami, lisami, kunami i urzędnikami fiskusa. Dlatego też na noc zamykany jest w domu. Dziś o brzasku postawił wszystkich domowników na nogi głośnym ujadaniem. Przetarłem oczy, wypiąłem pierś przywdzianą w zbroję z pidżamy, w jedna dłoń ująłem latarkę patrolową, w drugą kij i ruszyłem z moim wiernym obrońcą na poszukiwanie złodzieja. Tego oczywiście nie znaleźliśmy. Jednak kątem oka zauważyłem, że sprawca zamieszania szczerzy zęby, i to nie w akcie agresji wobec intruza, a raczej w psim uśmiechu. Pomyślałem, że jest z siebie dumny. Ba, nagrodziłem go porcją kiełbasy i wypuszczeniem z domu za sumienną służbę. Gdy przez okno ujrzałem, jak pospiesznie przeszedł przez płot i popędził łamać sucze serca zrozumiałem, że nocna przygoda była ciekawym przykładem tego, jak pies potrafi zrobić ze swego pana osła.

Na co chłopu genitalia

W życiu mężczyzny są takie chwile, gdy musi wykazać się zdumiewającym refleksem. Wierzcie mi, łatwiej złapać w locie komara za lewą tylną stopę w rękawicy bokserskiej, niż odpowiedzieć pięcioletniemu synkowi na cóż mu te denerwujące kuleczki w worku między nogami. Odpowiedź, że przydadzą mu się w przyszłości oczywiście nie satysfakcjonuje małego mądralę. Z pomocą przyszedł mi obraz akrobacji kotów. Powiedziałem, że tak jak im ogon ułatwia wspinanie się po drzewach, tak dla facetów przeciwwagę stanowią owe ciężarki. Dlatego tata lepiej wspina się po drabinie i drzewach niż mama. Synek nie odpuścił, tym razem dociekał, dlaczego skoro ogon pomaga się wspinać, to psy nie wchodzą na drzewa. O rety, za kim on taki bystry? Nie straciłem rezonu i wymyśliłem, że psi ogon służy do uśmiechania się. Zanim Jędruś wypowiedział następne pytanie natury egzystencjalnej, skarciłem go za wiercenie się na krześle. Panowie, nie łudźcie się, nie macie szans z dziecięcą ciekawością.

Znowu o kurach

Jaskółki donoszą, że w konkurencyjnych kurnikach znacznie zmniejszyła się produkcja jaj. Rolnicy przypisują winę jesieni, że niby to za zimno albo za mało światła. Nie, nie, nie, to tylko wymówki. W naszym kurniku Pod Niebieskim Ptakiem, Stempelki (bo tak nazywają się moje panie) nie lenią się. Drodzy rolnicy, zmniejszona aktywność niosek to wasza wina! Ewentualnie waszych kogutów. Zapominacie, że kura też kobieta. Nie ważne, że ptasia. Chciałoby się rzec – baby to baby (ale oczywiście tak nie powiem). Do szczęścia nie wystarczy im garść ziaren. One muszą czuć się kobieco. Trzeba z nimi porozmawiać, a właściwie wysłuchać. Prawić komplementy, tulić, a nade wszystko pogłaskać tu i ówdzie. Inaczej kobie… znaczy kura nie zadba o jajka. Ba, może poszukać sobie innego kurnika.

kurnik.jpg

Ozdóbki

Różne rejony kraju mają swoje charakterystyczne elementy architektury, jak je nazywam – ozdóbki. Wystarczy pojechać na wschód od Torunia, by na wielkiej równinie zobaczyć drewniane domki pomalowane olejną farbą na zielono i niebiesko. Bory Tucholskie usiane są drewnianymi przystankami autobusowymi. Zawiąż mi oczy, wysadź w tych rejonach, a od razu będę wiedział, gdzie się znajduję. Nie sądziłem, że jedna gmina, a właściwie trzy wsie też może coś odróżniać od reszty świata. A jednak. Gdy pierwszy raz wjeżdżałem na ten teren dwie rzeczy przykuły moją uwagę – chłopi wkopani do pasa w ziemi (ale o tym później)  i koszyki na kwiaty wykonane z opon samochodowych. I nie są to po prostu wypełnione ziemią opony – misternie wycięte i wygięte w odpowiedni sposób przypominają prawdziwe kosze kwiatowe. Całość dopełnia obowiązkowy żółty kolor. Wygląda ta gumowa cepelia po prostu okropnie kiczowato i bardziej szpeci trawniki niż je zdobi. Nie zmienia to faktu, że i ja zrobię stomilowy koszyk i umieszczę go w dobrze widocznym miejscu przed domem. Jestem członkiem tej społeczności i swój kosz muszę mieć! Z dumą będę siadał na ławce przy swym dziele i pozdrawiał przechodzących sąsiadów okrzykiem „Mam i ja”. Zastanawiam się, czy nie dać upustu fantazji i nie zrobić go z opony od ciągnika. Jak myślicie? Że gigantomania? To typowe dla tej ziemi. Okoliczni rolnicy zwykli mawiać, że w tej ziemi wszystko rośnie dorodne. I rzeczywiście nasze warzywa mimo, że nie nawożone są kolosami świata ogrodniczego. Nawet kury jedzące plony tej ziemi znoszą jaja olbrzymy, dwukrotnie większe od marketowych, śmierdzących i niesmacznych niby-jaj. W tej ziemi jest jakaś życiowa siła, która sprawia, że wszystko w niej posadzone rozwija się, rozrasta do nadprzeciętnych rozmiarów. Teraz już wiecie, dlaczego lokalni chłopi udają marchewki zakopując się do pasa?

Na dole marchewka standardowego rozmiaru:

warzywa.jpg

Sąsiedzi

Zadałem sobie tym wpisem trudne zadanie uhonorowania poznanych mieszkańców wsi. Jak to zrobić, by nie przynudzać i nie cukrować? Hmmm… Napiszę prawdę.
Gosia i Robert
Gosia jest przesympatyczną i bardzo spontaniczną osobą. Trochę kojarzy mi się z marihuaną. A tak, tak. Po prostu w towarzystwie kogoś z natury tak radosnego nie sposób mieć zły nastrój. Podoba mi się też jej dbałość o nasze brzuszki. A to sałateczka, a to placuszek… Aż dziw bierze, że jej mąż Robert nie wygląda jak kuleczka.
Robert to niezwykle stateczny, ale ciepły i życzliwy człowiek. A propo ciepła. Za punkt honoru postawił sobie, że przetrwamy zimę w cieple bez brania kredytu na opał i rąbania  mebli. Niewielu jest ludzi na świecie, którzy w niedzielę (i to w dzień swoich urodzin!) zjawiają się z dwoma kubłami węgla u sąsiada, by rozpalić w piecu. Ma jednak Robert straszną i wręcz niewybaczalną wadę. A wyszła ona na jaw w czasie naszej pierwszej próby ujarzmienia centralnego ogrzewania, gdy szczere chęci nasze utonęły w butelce wódki dębowej. Otóż ma chłop mocną głowę. Mam nadzieję, że owa wada to wynik mieszkania na wsi i że i ja się jej nabawię. Jak mawiają – trening czyni mistrza.
Robert wpływa też znacząco na estetykę wsi. Jego trawnik wygląda jak odkurzony dywan. Zauważyłem pewną prawidłowość – jednego dnia słychać kosiarkę w jego posesji, a nazajutrz cała wieś rozbrzmiewa dźwiękiem małych silników. Gdyby nie on inne trawniki byłyby zapewne zarośnięte jak gęba kloszarda, jednak jego trawnik drogą porównania wpływa motywująco na pozostałych gospodarzy. Uszami wyobraźni słyszę żony sąsiadów: „Stary, rusz się, u Roberta tak ładnie skoszone, a ty leniu leżysz!”
Sylwia i Wojtek
Sylwia jest uśmiechem na rowerze. Nie znam jej dobrze, ale szczerze ją polubiłem. Mogłaby okazać się seryjną zabójczynią, a i tak miałaby u mnie spory kredyt sympatii. Dlaczego? Za sprawą jej zachwytu nad moim swojskim ajerkoniakiem. Podobno sama jest mistrzem w przygotowywaniu szlachetnych trunków. Jeśli z równą aprobatą przyjmie moją nalewkę wiśniową, to umieszczę ją w swoim testamencie.
Wojtek, jej mąż, to wesołek, typowa dusza towarzystwa. Biesiadować z takim to czysta przyjemność. Lubi też opowiadać. Przy tej okazji wyszła na jaw jego dziwna, by nie powiedzieć niezdrowa, fascynacja. Gdy opowiada o swoim samochodzie marki Żuk, to jego twarz nabiera marsowych rys, a oczy przypominają te Renaty Beger na widok owsa… czy jakoś tak.
Zuzanna i Andrzej
Sława niektórych wyprzedza ich samych. Dobra sława. Tak było w przypadku tych przemiłych sąsiadów. Zanim zamieszkaliśmy w Kosowiźnie usłyszałem od kilku osób, że będę miał świetnych sąsiadów. I rzeczywiście, są to wspaniali ludzie, na których zawsze można liczyć. 

Dziś nie o kurach

Ej zmienia się optyka na wsi, zmienia. Także priorytety. Spotykam kumpla i starym zwyczajem pytam co u niego. Jak nie zacznie narzekać, że żona odeszła z komiwojażerem, który przyszedł sprzedać wełnianą pościel, że pracę stracił, że kot zdechł, a teściowa żyje… Nie wytrzymałem i wygarnąłem mu niczym Bodzio Linda: „A co ty k… wiesz o kłopotach? Mnie się taczka rozsypała! A Ty przynajmniej pod ciepłą kołderką sypiasz!”  Zdębiał. Nie zrozumiał mojego dramatu. Ot, miastowy, znaczy mięczak. Zaraz po powrocie do domu zamówiłem taczkę. Na tę okoliczność wziąłem urlop, co by kuriera nie przegapić i rychło doczekałem się tego cudeńka. Ach, jaka piękna, cudna… tylko taka jakaś pospolita. Podrapałem się po głowie i wymyśliłem, że skoro na naszym podwórku taczka równie często służy do pracy jak i jako Jędrusiowy środek transportu, to trzeba ją stuningować. Tak oto mamy najprawdopodobniej pierwszą na świecie taczkę z oświetleniem akumulatorowym i tablicą rejestracyjną.

taczka.jpgtaczka1.jpg

Niekończąca się opowieść

Z żalem, pogrążony w smutku, informuję, iż zmarła moja wierna przyjaciółka. Dożyła sędziwego wieku. Los połączył nas późno, pod koniec jej drogi, zatem nie znam historii całego jej życia, jestem jednak pewien, iż starość upłynęła jej na zasłużonej emeryturze w spokoju i szczęściu. Naszym zwyczajem jej doczesne szczątki złożyłem w Wielkim Budowniczym – kompostowniku. Gdy patrzę w chmury wydaje mi się, że widzę ją poprzez zalane łzami oczy, jak biega po niebiańskim wybiegu.
Tak, wiem, powiecie, że to hipokryzja – nie zjadam moich niosek, a potem kończą w kompostowniku. Wierzcie mi, dla kur to czy zjem je w postaci marchewki lub innej rzodkiewki po naturalnej śmierci, czy też skończą w garnku dużo szybciej, stanowi olbrzymią różnicę.
Podobno przesadzam. Ale dlaczego? Bo dostają ciepły posiłek na mleku? Bo z nimi rozmawiam? Bo mają ogrzewany kurnik? Bo zamierzam wstawić do niego radio, a może nawet zamieszkać w nim, by nie czuły się samotne? W czym kurki są gorsze od psów, kotów i innych pupili? Na pewno stanowią ciekawszy obiekt obserwacji z ich rozbudowanym systemem społecznym. Każda z nich ma swoje przyzwyczajenia, swoje dziwactwa i preferencje. Jedna z nich na przykład, obecnie najstarsza, mimo wieku, siwiejących piór (serio!) i pokrzywionych łapek jest niezwykle żwawa i rezolutna. Niestety odkąd mieszka u nas, cały czas ma katar i kicha (dosłownie kicha, zupełnie jak my). Najpierw myślałem, że jest przeziębiona, ale nie, antybiotyk nie pomógł. Dziś siedząc z moimi kurkami zrozumiałem, że jest ona uczulona na ptasie pierze.  🙂

Susza

Myślę, że moda na gadżety do miast przyszła ze wsi. No choćby takie nietoperze. To zwykłe myszy w pelerynach z noktowizorami na oczach. A bażanty? Kury pięknisie. W świecie ludzi gadżetomania króluje w kościele.  Sam wystrój zabytkowego kościółka to ozdóbki, obrazki, rzeźby, kadzidełka… nie mówiąc już o gadżetach liturgicznych – złote kielichy, kolorowe ciuszki, dziwne nakrycia głowy, dzwoneczki… przepych dziwactwa. I tu sprawdza się stara prawda o wyższości treści nad formą. Bo mimo tych wszystkich fantów, mimo modłów, skarg i mimo zawodzenia lokalnej Shakiry (słychać ją nawet na naszym podwórku, gdy zawieje południowy wiatr) deszczu jak nie było, tak nie ma. To już nawet Indianie w pióropuszach skaczący z gołymi tyłkami przez ogniska mają lepsze wyniki w modłach o deszcz. A tu skuteczność zerowa. No dobrze, dość biadolenia, idę podlewać marchewki.

Z dedykacją dla sąsiadki Sylwii

Każda szanująca się wieś powinna mieć swojego Wiejskiego Głupka. Celowo epitet ten piszę z dużych liter, wszak jest to funkcja reprezentacyjna. Coś jak prezydent w kraju, zatem wielkie litery oddają znaczenie takowej persony. Wiejskim Głupkiem nie może zostać każdy. Może to być lokalny ekshibicjonista wyskakujący z krzaków ku uciesze dam, żul-filozof snujący swoje opowieści przy budce z piwem; czy poeta biegający o świcie nago po roziskrzonych rosą polach i tulący się do przydrożnych drzew. Aż ciśnie się na usta – każda wieś ma takiego Głupka, na jakiego zasługuje. Paradoksalnie kim jest Wiejski Głupek wie zazwyczaj cała lokalna społeczność (w moim prywatnym nazewnictwie Aborygeni) prócz niego samego. Kto najprawdopodobniej w naszej wsi piastuje ten szczytny urząd zacząłem domyślać się, gdy sąsiadka powitała mnie słowami: „Tak sobie o Tobie myślałam i wymyśliłam, że we wsi wylądował kosmita.” Nie, nie, dzieci nie biegają za mną krzycząc „kosmita, kosmita” i nie pokazują palcami marsjańskich czułek wystających z głowy. One po prostu nie przychodzą na modelarnię, a do kosmity, czy wujka Zbójka. Cóż, chyba dałem się ponieść wolności jaką daje życie poza miastem – taczka ze światłem, kury wskakujące na kolana pana, rower z przyczepą, modele latające nad głową i psia buda na kółkach. Brakuje jeszcze, abym rzeczywiście latał o świcie z gołym tyłkiem po polach, ale kto wie…  dopiero się rozkręcam.  🙂

CDN

Pamiętniki wiejskie – Kosowizna

Wsi spokojna, wsi wesoła… dawno temu napisał niejaki Kochanowski. Gdyby słowa te padły dziś oznaczałoby to, że autor bądź jest opłacany przez lobbing agroturystyczny, bądź też nie  jest Polakiem. Wszak od wielu wieków jedną z głównych cech narodowych jest malkontenctwo.
Wyemigrowałem na wieś! Tak, „wyemigrowałem” to dobre słowo. Przeprowadzić można się z jednego domu do drugiego, z jednego miasta do drugiego, z jednej wsi do drugiej. Ja, urodzony mieszczuch wyemigrowałem na wieś. Mieszczuch w małej wsi. Jak mawia moja koleżanka (ku zawstydzeniu swojego mężczyzny) – „na starość wszystko się chłopom kurczy”. Czyżby zatem mózg mi się kurczył? A może to spełnienie marzeń?

Ranek

Pobudka jest wczesna. Budzące się słońce bez przeszkód puka do okien, a ptaki rozpoczynają swoje piękne śpiewy. Czy te pierzaste cholery nie mogłyby pospać trochę dłużej. To niesprawiedliwe. Jedne wstają rano i chodzą szybko spać, inne wylegują się w krzakach jak żule na kacu. To jakaś zmowa! To ptasia, zorganizowana grupa przestępcza, która na dwie zmiany nęka ludzi swoim śpiewem. Owszem, pięknym. Jednak taki nadmiar doznań estetycznych zamienia się w lukrowane katusze. To tak, jakby sąsiadować z operą i codziennie wysłuchiwać prób. Niektórzy mają takiego pecha, że skrzydlata szajka nęka ich nawet nocą pohukiwaniem sów. Tu objawia się wyższość ssaków nad ptactwem – wszak nietoperze są nieme. No cóż, nie bez powodu bóg stworzył nas owłosionymi.

Jak zostać chłopem?

Jak stać się chłopem, a raczej jak nie być miejskim lalusiem? Nie wiem, zapewne stworzyłem swoistą hybrydę cech obu skrajnie różnych nacji. Wystarczy trochę ziemi i kilka zwierząt, a spośród wielu młotów w warsztacie zaczynam wybierać te największe. Skóra na dłoniach staje się gruba, a one same twarde jak chwytaki robotów. Nawet treningi na siłowni tak nie utwardzają charakteru. Tu byle rana, byle ciężar nie stanowi takiego problemu jak w mieście. Trzeba otrzeć krew, pot i pracować dalej. Jednocześnie, jakby bojąc się zchłopienia absolutnego polubiłem się perfumami wszelkimi i wodami toaletowymi. Tyle, że stosuję je także nie po chłopsku, bo na zewnątrz. Zapewne stałbym się pośmiewiskiem wsi, gdyby wiedziano, iż z moimi pupilkami – kurami Świnką i Balbinką – łączą mnie więzy ponadgatunkowej sympatii. Dużo się tulimy i rozmawiamy z sobą. Oczywiście każde w swoim niezrozumiałym języku, jednak z tonu ich gdakania rozumiem, iż są to kury szczęśliwe. Ma to też złe strony. Nagle potrawy drobiowe nie smakują jak dawniej. Oczywiście moje ulubienice, gdy już przestaną znosić jajka nie trafią do garnka, a przejdą na zasłużoną emeryturę. Jednak niezręcznie się czuję jedząc ich kuzynki.
Na wsi wyostrzył się mój instynkt terytorialny, silny przecież u każdego mężczyzny. Tak , tak drogie Panie, to nie bałaganiarstwo sprawia, że rozrzucamy po mieszkaniu zużyte skarpetki. My tak znaczymy teren. I cieszcie się proszę, że nie sikamy po kątach. Tu każde przestawienie przez osoby postronne narzędzi, czy próba dawania mi jedynie słusznych rad wprawia mnie w nastrój pod tytułem „Ja tu jestem gospodarz”. Może dlatego kosę powiesiłem w łatwo dostępnym miejscu.

Cykliści

A na cóż mi Amsterdam? Fakt, kanał mamy na wsi tylko jeden i to mały, ale woda w nim czysta i wartko płynąca, co nie spodobało się komarom wstrętnym i wyemigrowały za góry, za lasy. Za to rowerów co niemiara. Składaki, damki, miejskie, kolarzówki, górale… I dzieci i dorośli i starzy… wszyscy migrują w tę i z powrotem po jedynej ulicy. A tak tak, jedynej. Jak na dzikim zachodzie, tylko zieloności więcej i taczanki nie turlają się po nagrzanym asfalcie. Ten wszak oblężony jest przez wszelkiej maści cyklistów. Dziś na przykład przed naszym domem pędziła zadziwiająco szybko kobieta w wieku zaawansowanym, stroju odświętnym, zawodząc na całą okolicę pieśni maryjne. Znać było, że anioł jaki wspomaga ją w jeździe pchając ją do przodu. Albo on głuchy był, albo z piór własnych ukręcił zatyczki do uszu, bo zawodzenie staruszki okrutne było. Chwilę później sportowiec jakiś szyku zadawał swoim super ekstra i ultra nowoczesnym i lekkim rowerem, strojem tak obcisłym, że tylko okulary chroniły gałki oczne przed wypadnięciem i kaskiem o kształcie myśliwca odrzutowego. Muskulatura jego wskazywała na lata treningów i bogatą suplementację, a może i coś więcej. Marny był jednak jego doping wobec anielskiego serwisu, bo wiejskiej baby dogonić nie zdołał.

Wieś uczy toleranci

Szukając domu zwiedziliśmy wiele miejscowości, zadziwiająco różnych. Gdy wjeżdża się do popeegierowskich pipidówek na końcu świata, to z rozsypujących się chałup i zdewastowanych bloków kołchozowych wylegają zaniedbane kobiety podejrzliwie patrząc na obcych. Stadka małych dzieci bawią się przy zarośniętych rowach, w których zapewne leżą ich upici w trupa ojcowie. Tu zapewne wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą, jak w wielkiej rodzinie, patologicznej rodzinie. Lecz są też takie wsie jak nasza – tętniące życiem centra gminne z zakładami produkcyjnymi i usługowymi, ze sklepami, urzędem, szkołą, fryzjerem, ośrodkiem zdrowia, a nawet pizzerią. Życie tu zapewnia spokój i kontakt z naturą, ale oferuje też dostęp do owoców cywilizacji nie gorszy niż w małym mieście. Daje też poczucie wolności, którego nie ma ani w małych zwartych wsiach, ani też miasteczkach, czyli ludzkich mrowiskach. Domy są tu oddalone od siebie o kilkadziesiąt metrów, czyli  dostatecznie blisko, by się znać i odwiedzać, a dość daleko, by nie być pod stałym okiem sąsiadów. Może dlatego wieś zdaje się tolerancyjna, a ludzie swobodni. Tu w przeciwieństwie do miasta nie ubiera się garnituru od Prady idąc wyrzucić śmieci, a idzie się w tym, w czym akurat się jest, np. samych ślipkach. I nikogo to nie dziwi. Nawet omijanie szerokim łukiem kościoła zdaje się tu być niezauważane. Ot – wolność Tomku w swoim domku. Atmosfera swobody udziela się także zwierzętom, w tym naszym dwóm kurom. Jedna z nich zaczęła strasznie panoszyć się na podwórku, chodzić z wypiętą piersią i skrzeczeć. Najpierw myślałem, że jest chora, później uświadomiłem sobie, że to nieporadne próby… piania! Wzbudziło to pewne moje podejrzenia, jednak doznałem prawdziwego szoku, gdy niezauważony wszedłem do kurnika i przyłapałem moje pupilki w sytuacji… Cóż, powiem to wprost – mam kury lesbijki. Wieś uczy tolerancji.

Stefan

Stare domy przypominają ser szwajcarski, w którym schizofreniczna mysz próbuje załatać wszystkie dziury. A co jest najlepsze na dziury? Antidotum na wszystkie budowlane bolączki. Nie, nie zaprawa, ta jest jak relikt średniowiecza. Broń boże firma remontowa. Dziś budownictwo opiera się na najwspanialszym wynalazku ludzkości (zaraz po energii atomowej) – na piance budowlanej.
Trzeba załatać wielką dziurę pod parapetem. Cóż prostszego – puszka pianki. Jednak najpierw trzeba pozbyć się jakiegoś starego gniazda. Problem w tym, iż gniazdo nie było tak stare, jak myślałem i wyskoczył z niego wróbli pisklak. Wsunąłem sianko z powrotem do otworu, pisklaka umieściłem na miejscu. Teraz mam o jedno zwierzątko do opieki więcej. Nawet przyzwyczaiłem się do smaku dżdżownic w ustach. A szczerze mówiąc czerwone robaki są całkiem smaczne. Tylko owłosione gąsienice gilgoczą w nos, gdy karmię Stefana „z dziubka”.

Nocna przygoda

Może to wpływ świeżego powietrza. Może to za sprawą zdrowszej żywności. Zwierzęta na wsi są jakieś… sprytniejsze. Na przykład kura udająca koguta stwierdziła, że nie będzie dzielić się z nikim swoimi jajami. Zaraz po zniesieniu zjada je. Szczerze mówiąc nie jestem pewien, czy to wynik jej sknerstwa, czy jako kogut wstydzi się tej damskiej, bądź co bądź, czynności i chce ukryć ją przed światem. Na nic zdaje się moja perswazja i przytaczanie starego przysłowia, że koguty też znoszą jaja. Odpowiada mi w swoim kurzym języku (który oczywiście znam), że i owszem znoszą, ale tylko gdy schodzą po drabinie.
Psa Fafika miałem za dobrodusznego gamonia. Nieco zmieniłem zdanie, gdy dowiedziałem się, iż oswoił gospodarzy z sąsiedztwa, którzy nawet chcieli przygarnąć „biedaka” na stałe. Cwana bestia – dwu panów, to dwa razy więcej karmy, a obowiązków tyle samo, bo domy są położone blisko siebie i wystarczy położyć się przy drodze między nimi, by doglądać obu gospodarstw. Fafik jest też międzywioskowym Casanovą. Jak donoszą właściciele wzdychających suczek jego rewir rozciąga się od Kijewa po Watorowo. Nic zatem dziwnego, iż znika z domu na całe dnie i noce. To źle, bardzo źle. Wszak pies powinien pilnować domu, zwłaszcza nocą, przed złodziejami, lisami, kunami i urzędnikami fiskusa. Dlatego też na noc zamykany jest w domu. Dziś o brzasku postawił wszystkich domowników na nogi głośnym ujadaniem. Przetarłem oczy, wypiąłem pierś przywdzianą w zbroję z pidżamy, w jedna dłoń ująłem latarkę patrolową, w drugą kij i ruszyłem z moim wiernym obrońcą na poszukiwanie złodzieja. Tego oczywiście nie znaleźliśmy. Jednak kątem oka zauważyłem, że sprawca zamieszania szczerzy zęby, i to nie w akcie agresji wobec intruza, a raczej w psim uśmiechu. Pomyślałem, że jest z siebie dumny. Ba, nagrodziłem go porcją kiełbasy i wypuszczeniem z domu za sumienną służbę. Gdy przez okno ujrzałem, jak pospiesznie przeszedł przez płot i popędził łamać sucze serca zrozumiałem, że nocna przygoda była ciekawym przykładem tego, jak pies potrafi zrobić ze swego pana osła.

Na co chłopu genitalia

W życiu mężczyzny są takie chwile, gdy musi wykazać się zdumiewającym refleksem. Wierzcie mi, łatwiej złapać w locie komara za lewą tylną stopę w rękawicy bokserskiej, niż odpowiedzieć pięcioletniemu synkowi na cóż mu te denerwujące kuleczki w worku między nogami. Odpowiedź, że przydadzą mu się w przyszłości oczywiście nie satysfakcjonuje małego mądralę. Z pomocą przyszedł mi obraz akrobacji kotów. Powiedziałem, że tak jak im ogon ułatwia wspinanie się po drzewach, tak dla facetów przeciwwagę stanowią owe ciężarki. Dlatego tata lepiej wspina się po drabinie i drzewach niż mama. Synek nie odpuścił, tym razem dociekał, dlaczego skoro ogon pomaga się wspinać, to psy nie wchodzą na drzewa. O rety, za kim on taki bystry? Nie straciłem rezonu i wymyśliłem, że psi ogon służy do uśmiechania się. Zanim Jędruś wypowiedział następne pytanie natury egzystencjalnej, skarciłem go za wiercenie się na krześle. Panowie, nie łudźcie się, nie macie szans z dziecięcą ciekawością.

Znowu o kurach

Jaskółki donoszą, że w konkurencyjnych kurnikach znacznie zmniejszyła się produkcja jaj. Rolnicy przypisują winę jesieni, że niby to za zimno albo za mało światła. Nie, nie, nie, to tylko wymówki. W naszym kurniku Pod Niebieskim Ptakiem, Stempelki (bo tak nazywają się moje panie) nie lenią się. Drodzy rolnicy, zmniejszona aktywność niosek to wasza wina! Ewentualnie waszych kogutów. Zapominacie, że kura też kobieta. Nie ważne, że ptasia. Chciałoby się rzec – baby to baby (ale oczywiście tak nie powiem). Do szczęścia nie wystarczy im garść ziaren. One muszą czuć się kobieco. Trzeba z nimi porozmawiać, a właściwie wysłuchać. Prawić komplementy, tulić, a nade wszystko pogłaskać tu i ówdzie. Inaczej kobie… znaczy kura nie zadba o jajka. Ba, może poszukać sobie innego kurnika.

kurnik.jpg

Ozdóbki

Różne rejony kraju mają swoje charakterystyczne elementy architektury, jak je nazywam – ozdóbki. Wystarczy pojechać na wschód od Torunia, by na wielkiej równinie zobaczyć drewniane domki pomalowane olejną farbą na zielono i niebiesko. Bory Tucholskie usiane są drewnianymi przystankami autobusowymi. Zawiąż mi oczy, wysadź w tych rejonach, a od razu będę wiedział, gdzie się znajduję. Nie sądziłem, że jedna gmina, a właściwie trzy wsie też może coś odróżniać od reszty świata. A jednak. Gdy pierwszy raz wjeżdżałem na ten teren dwie rzeczy przykuły moją uwagę – chłopi wkopani do pasa w ziemi (ale o tym później)  i koszyki na kwiaty wykonane z opon samochodowych. I nie są to po prostu wypełnione ziemią opony – misternie wycięte i wygięte w odpowiedni sposób przypominają prawdziwe kosze kwiatowe. Całość dopełnia obowiązkowy żółty kolor. Wygląda ta gumowa cepelia po prostu okropnie kiczowato i bardziej szpeci trawniki niż je zdobi. Nie zmienia to faktu, że i ja zrobię stomilowy koszyk i umieszczę go w dobrze widocznym miejscu przed domem. Jestem członkiem tej społeczności i swój kosz muszę mieć! Z dumą będę siadał na ławce przy swym dziele i pozdrawiał przechodzących sąsiadów okrzykiem „Mam i ja”. Zastanawiam się, czy nie dać upustu fantazji i nie zrobić go z opony od ciągnika. Jak myślicie? Że gigantomania? To typowe dla tej ziemi. Okoliczni rolnicy zwykli mawiać, że w tej ziemi wszystko rośnie dorodne. I rzeczywiście nasze warzywa mimo, że nie nawożone są kolosami świata ogrodniczego. Nawet kury jedzące plony tej ziemi znoszą jaja olbrzymy, dwukrotnie większe od marketowych, śmierdzących i niesmacznych niby-jaj. W tej ziemi jest jakaś życiowa siła, która sprawia, że wszystko w niej posadzone rozwija się, rozrasta do nadprzeciętnych rozmiarów. Teraz już wiecie, dlaczego lokalni chłopi udają marchewki zakopując się do pasa?

Na dole marchewka standardowego rozmiaru:

warzywa.jpg

Sąsiedzi

Zadałem sobie tym wpisem trudne zadanie uhonorowania poznanych mieszkańców wsi. Jak to zrobić, by nie przynudzać i nie cukrować? Hmmm… Napiszę prawdę.
Gosia i Robert
Gosia jest przesympatyczną i bardzo spontaniczną osobą. Trochę kojarzy mi się z marihuaną. A tak, tak. Po prostu w towarzystwie kogoś z natury tak radosnego nie sposób mieć zły nastrój. Podoba mi się też jej dbałość o nasze brzuszki. A to sałateczka, a to placuszek… Aż dziw bierze, że jej mąż Robert nie wygląda jak kuleczka.
Robert to niezwykle stateczny, ale ciepły i życzliwy człowiek. A propo ciepła. Za punkt honoru postawił sobie, że przetrwamy zimę w cieple bez brania kredytu na opał i rąbania  mebli. Niewielu jest ludzi na świecie, którzy w niedzielę (i to w dzień swoich urodzin!) zjawiają się z dwoma kubłami węgla u sąsiada, by rozpalić w piecu. Ma jednak Robert straszną i wręcz niewybaczalną wadę. A wyszła ona na jaw w czasie naszej pierwszej próby ujarzmienia centralnego ogrzewania, gdy szczere chęci nasze utonęły w butelce wódki dębowej. Otóż ma chłop mocną głowę. Mam nadzieję, że owa wada to wynik mieszkania na wsi i że i ja się jej nabawię. Jak mawiają – trening czyni mistrza.
Robert wpływa też znacząco na estetykę wsi. Jego trawnik wygląda jak odkurzony dywan. Zauważyłem pewną prawidłowość – jednego dnia słychać kosiarkę w jego posesji, a nazajutrz cała wieś rozbrzmiewa dźwiękiem małych silników. Gdyby nie on inne trawniki byłyby zapewne zarośnięte jak gęba kloszarda, jednak jego trawnik drogą porównania wpływa motywująco na pozostałych gospodarzy. Uszami wyobraźni słyszę żony sąsiadów: „Stary, rusz się, u Roberta tak ładnie skoszone, a ty leniu leżysz!”
Sylwia i Wojtek
Sylwia jest uśmiechem na rowerze. Nie znam jej dobrze, ale szczerze ją polubiłem. Mogłaby okazać się seryjną zabójczynią, a i tak miałaby u mnie spory kredyt sympatii. Dlaczego? Za sprawą jej zachwytu nad moim swojskim ajerkoniakiem. Podobno sama jest mistrzem w przygotowywaniu szlachetnych trunków. Jeśli z równą aprobatą przyjmie moją nalewkę wiśniową, to umieszczę ją w swoim testamencie.
Wojtek, jej mąż, to wesołek, typowa dusza towarzystwa. Biesiadować z takim to czysta przyjemność. Lubi też opowiadać. Przy tej okazji wyszła na jaw jego dziwna, by nie powiedzieć niezdrowa, fascynacja. Gdy opowiada o swoim samochodzie marki Żuk, to jego twarz nabiera marsowych rys, a oczy przypominają te Renaty Beger na widok owsa… czy jakoś tak.
Zuzanna i Andrzej
Sława niektórych wyprzedza ich samych. Dobra sława. Tak było w przypadku tych przemiłych sąsiadów. Zanim zamieszkaliśmy w Kosowiźnie usłyszałem od kilku osób, że będę miał świetnych sąsiadów. I rzeczywiście, są to wspaniali ludzie, na których zawsze można liczyć. 

Dziś nie o kurach

Ej zmienia się optyka na wsi, zmienia. Także priorytety. Spotykam kumpla i starym zwyczajem pytam co u niego. Jak nie zacznie narzekać, że żona odeszła z komiwojażerem, który przyszedł sprzedać wełnianą pościel, że pracę stracił, że kot zdechł, a teściowa żyje… Nie wytrzymałem i wygarnąłem mu niczym Bodzio Linda: „A co ty k… wiesz o kłopotach? Mnie się taczka rozsypała! A Ty przynajmniej pod ciepłą kołderką sypiasz!”  Zdębiał. Nie zrozumiał mojego dramatu. Ot, miastowy, znaczy mięczak. Zaraz po powrocie do domu zamówiłem taczkę. Na tę okoliczność wziąłem urlop, co by kuriera nie przegapić i rychło doczekałem się tego cudeńka. Ach, jaka piękna, cudna… tylko taka jakaś pospolita. Podrapałem się po głowie i wymyśliłem, że skoro na naszym podwórku taczka równie często służy do pracy jak i jako Jędrusiowy środek transportu, to trzeba ją stuningować. Tak oto mamy najprawdopodobniej pierwszą na świecie taczkę z oświetleniem akumulatorowym i tablicą rejestracyjną.

taczka.jpgtaczka1.jpg

CDN

Bodzio był Pierwszy. Atrakcją i sensem Bodzia było istnienie. Nudził się zatem Bodzio z tym swoim istnieniem, jak mops. A gdy ktoś jest samotny i znużony, to sprawia sobie zwierzątko, a najlepiej parkę. Stworzył zatem terrarium dla swoich zwierzątek, dnia szóstego zasiedlił je, a na dzień siódmy rozsiadł się wygodnie w fotelu, by delektować się swoim dziełem. Jak to zwykle bywa, gdy chcemy w spokoju wypocząć, zjawił się znajomy Bodzia – Lucek.

-Niezłą rozrywkę sobie Bodzio wymyśliłeś.
-Eeeee… Nudy… Nic się nie dzieje. Łażą z rozanielonymi minami, wcinają owoce, bawią się ze zwierzątkami, odpoczywają… kraina szczęśliwości… rzygać się chce. I jeszcze rozmnażać się nie chcą.
-Rozruszaj ich jakoś.
-Próbowałem. Wstawiłem im na środku drzewo i powiadam, że nie wolno im z niego jeść, bo staną się tak mądrzy jak ja.
-I co, i co?
-Nie dali się podpuścić.
-Ale ty tak poważnie?!
-No coś ty, zwykła malinówka, nawet nie szczepiona. Nie wiesz, że głupim narodem łatwiej manipulować? Ale wiesz co? Przebiorę cię jakoś dla niepoznaki, zejdziesz tam do nich i ich przekonasz do grzechu. Ja za karę sprowadzę na nich śmierć. Ty spraw, by miętę do siebie poczuli… ile można patrzeć na te same gęby.
-Pfiii…
-Ty mi tu nie sycz Lucuś, ty mi tu nie sycz. Albo wiesz co, jak już tak ładnie syczysz, to przebiorę cię za węża.

———————————————————————————————————————–

-No Bodzio, teraz to przesadziłeś. Jak poślesz tam chłopaka, to gotowi go zlinczować.
-I oto chodzi Lucuś, o to chodzi. Zajmują się sobą, nie zwracają uwagi na mnie, nie…
-…dowartościowują cię. Rety Bodzio, i to niby ja gram nie fair. I co to wszystko ci da?
-Będą mieli poczucie winy, że to niby przez nich.
-A, tak zagrywasz. A nie połapią się, że to prowokacja. Znajdą się tacy, co powiedzą, że skoro możesz wszystko, to…
-Powiemy Lucuś, że to wielka tajemnica.
-No ale nie żal Ci chłopaka?
-To wielka tajemnica Lucuś, wielka tajemnica.

———————————————————————————————————————-

-Ale jak? Ciąża bez… no wiesz, zapłodnienia?
-A co, ma się wyobraźnię, co Lucuś? Ha, ha, ha…
-Ale po co to?
-Marketing Lucuś, marketing to potęga. Hi, hi…
-Takie starożytne in vitro? Hi, hi… To ten twój posłaniec to taki pierwszy ginekolog na świecie.
-Nawet lepiej Lucuś, nawet lepiej, bo i po porodzie matka jest dziewicą.

———————————————————————————————————————–

-Skaczą sobie do oczu jak dzikie bestie. To przez ciebie.
-A bo tych lubię, a tamtych nie.
-Niezłe omłoty dostają ci twoi ulubieńcy Bodzio, hi, hi.
-E, wszystko przez tego dużego, ot błąd genetyczny. Tak być nie może, by moi przegrywali. :/
-Ty, zobacz tego karakana, co tam na tyłach się kryje. Ot szczeniak niegrzeczny, procą się bawi.
-Czekaj, czekaj, upokorzymy drągala. Pchnij no młodego.
-Trach… Ale mu walnął! Teraz mu głowę odcina, krew się leje jak w rzeźni… Ale że takim kamykiem go powalił ten chudzielec.
-On strzelał, a ja kamień niosłem, hi, hi.

———————————————————————————————————————

-Co Ty tak tam skrobiesz Bodzio? Nagrobek robisz?
-Rozbestwili się psie syny. Wolność im się marzy… Ja im ten liberalizm z głowy wybiję!
-Poczekaj, co Ty tam mażesz… „Wprowadzam stan wojenny na terenie…” Bodzio, toś przegiął. Nie tak ostro.
-No co?
-Trochę kultury Bodzio, a nie tak z grubej rury… przywitaj się, przedstaw w tym liście.
-„Jam jest Bóg twój…”, dobre co? A ty trzymaj spokojnie Mojzi, bo mnie się ręka omskła. Nie trzęś tą płytą.
-Tak im zakazujesz i grozisz… może jakiś miły element, zmotywuj ich jakoś.
-Dobra dobra… wiem, dam im wolne, dzień wolnego na tydzień… albo nie, dwa dni… a niech mają. A Ty trzymaj równo!
-Bodzio, „pożądał” pisze się przez zet z kropką.
-A bo trzyma nierówno, a masz ty… no i masz babo placek…
-Aleś mu przywalił. Twardą głowę ma skurczybyk.
-Jasny gwint, płyta pękła. Tyle roboty na marne. Cholerni ludzie. Za karę dostaną tylko jeden dzień wolnego.
-Może to i lepiej Bodzio… Oni mają słabe wątroby. 🙂

———————————————————————————————————————

-A co tu tak mokro Bodzio?
-No ba, rury pękają, te od zasilania chmur.
-Ba, po tysiącach lat mają prawo. Ale to wszystko na dół leci.
-No… i coraz więcej zalewa. Jak tak dalej pójdzie to potopią się w cholerę, zanim naprawię instalację.
– Z nudów orła wywiniemy Bodzio, bez nich. Zrób coś.
-Poczekaj, poczekaj… Daj no tę księgę, o tę. Poszukamy jakieś wiernego wyznawcy, niech łódź zbuduje i ocali co się da.
-Mam, Noe niejaki.
-Podaj no telefon z łaski swojej, pogadam z nim.
(…)
-No, sprawił się chłopak, piękna łajba.
-Na podstawie moich planów!
-Ale niech ładuje delikatniej… no masz, spadła mu z rampy kolejna para… w cholerę.
-No i nie będzie na świecie ptaktozaurusa.
-Trudno. No, teraz już może wypłynąć. Dmuchnij no Bodzio tak, co by do tej wyspy dopłynął.
-Zaraz, zaraz, Lucuś… dowcip Ci się stępił? Za dobrze by miał, niech sobie popływa. Wokoło go przepuszczę. Niech się spręża, a wyspa będzie tuż za horyzontem.
-Genialnie Bodzio, no genialnie, ale… Ty, ty, zobacz jaki cwaniak… gołębia wypuścił.
-O rzesz w… Dawaj kamienia, strącę ptaszysko.Trach… I po sprawie
-Następny… teraz ja. Bum… Trafiony, zatopiony. Ale zabawa.
-I następny… Uważaj, uważaj… cel…. Pal… trafiony! Aż się pióra posypały! Brawo Lucuś…. Teraz ja…
-Piorunem go, piorunem…
-No i nie trafiłem, wyspa rozpiep… Zniszczona. No to sobie chłopina popływa, hre, hre. 🙂

——————————————————————————————————————–

-Powiem ci Bodzio, że jestem pod wrażeniem. Zobacz jak ładnie się rozwijają. Z parki zagubionych nagusów stali się prawdziwą cywilizacją, potęgą.
-Wcale mi się to nie podoba.
-Zobacz, tworzą coraz większe skupisko.
-Budują wielkie miasto, na środku którego wznoszą wysoką wieżę. Tak się zwołują – im wyższa wieża, z tym większej odległości ją widać.
-I w czym problem Bodzio?
-Są zjednoczeni, coraz potężniejsi, poznali siłę techniki. W przyszłości nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić. Jeszcze gotowi stworzyć machiny latające i… wiesz, te historie o niebie i takie tam, które im podesłaliśmy…
-To zadziwiające, że tak dobrze sobie radzą, że tak się dogadują…
-Właśnie!!!!!
-Co właśnie?
-Dogadują się. Trzeba zrobić coś, by się nie dogadywali, by byli podzieleni na rody…
-Co to są narody?
-Rody mówiłem, Lucuś, rody. Ale wiesz, fajna nazwa – narody. Tam, po lewej jest szkicownik, podaj.
-A co to?
-A takie notatki… jak ich projektowałem… śledziona… to nie.…. ucho… O, mam! Ośródek mowy. Zrobimy małe sprzężenie zwrotne i żegnaj potęgo, żegnaj wolności…. Hi, hi.
-Ale zagubieni są teraz… jak bezbronne dzieci…
-Minie wiele wieków, zanim zaczną się łączyć, podpisywać pakty, tworzyć unie kontynentalne… ale i wtedy coś zaradzimy…
-Podsuniemy im coś, co ich skłóci… na przykład podpowiemy komuś, że banany muszą być krzywe albo że ślimaki to ryby… i niech się wtedy dogadają.  Hre, hre…

———————————————————————————————————————

-Co tam Bodzio, coś taki strapiony?
-No połapał się. Łazi i cuda czyni.
-Ech dzieci…
-Zniosłem, gdy bawił się w lekarza, ale gdy powołałem jego kumpla, a on mi go z rąk wydarł… To wbrew zasadom! I ta popijawa…
-Ale musisz przyznać, że ma klasę.
-Taaa… Chateau Latour rocznik 1968 w pierwszym wieku na bliskim wschodzie… co za wstyd.
-No widzisz, poczucie humoru ma po ojcu… hre, hre…
-Ja mu dam poczucie humoru… pstryk.
-Ty, patrz, po wodzie chodzi! Ale numer!
-No… ha, ha, ha, a chciał sobie popływać. 🙂

CDN

Poradnik nie tylko modelarski

Wzmocnienia z rowingu węglowego
Do prac potrzebujemy – folię do ochrony blatu warsztatowego (to bardzo ważne, najważniejsze!), żywicy (np. E53), utwardzacza (np. Z1), rowing węglowy, strzykawki (mała i dużą), pędzel, ręczniczki papierowe, ostre nożyczki do cięcia rowingu, patyk do mieszania żywicy z utwardzaczem, pojemniczek do mieszania, papier ścierny oraz gumowe rękawiczki i maska ochronna. Jestem dowodem na to, co już dawno udowodnili lekarze i naukowcy: organizm modelarza w wyniku niecodziennych bodźców umysłowych doznaje mutacji, polegającej na tym, iż kontakt z żywicą nie przynosi szkody organizmowi, a nawet wzmacnia go, gdy stosuje się antidotum. Stąd na moim stole miast wspomnianych rękawiczek i maseczki zagościła wiśniowa nalewka na spirytusie. Niemniej prace wykonujemy w przewiewnym miejscu. Miejsce, na które będziemy nakładać węgiel matujemy papierem ściernym i odpylamy. Za pomocą strzykawki odmierzamy osiem części (objętościowo) żywicy i jedną utwardzacza (np. 4ml na 0,5ml). Wlewamy do pojemniczka i dobrze mieszamy. W tym momencie zaczyna się walka z czasem – mamy około 40 minut na pracę, zanim płyn zgęstnieje. Niestety, w nasze nozdrza uderza okropna woń chemikaliów. Nalewamy więc do kieliszka antidotum i oczyszczamy organizm… oczyszczamy, oczyszczamy, z każdym łykiem czujemy, że jest czystszy…oj jak miło. Pędzelkiem nanosimy niewielką ilość żywicy pod rowing – dzięki temu przyklei się on wstępnie. Ale cóż to, nasze dłonie drżą. Znać antidotum rozlało się nierówno w organizmie. No to chlup na drugą rączkę… oczyszczamy, oczyszczamy… oj coraz milej. Przykładamy rowing i przesączamy go żywicą za pomocą pędzelka, tak by wewnątrz nie znajdowały się pęcherzyki powietrza. A propos powietrza – pełne jest oparów toksycznych, zatem… oczyszczamy, oczyszczamy… oj jak miło. Nadmiar żywicy odsączamy ręczniczkiem papierowym. Kładziemy kolejne pasy wzmocnienia obserwując dziwną tendencję – dokładność nakładania rowingu jest odwrotnie proporcjonalna do stopnia oczyszczenia organizmu. Kierując się przedziwną logiką dochodzimy do wniosku, że to wina za małej ilości antidotum w organizmie, zatem… oczyszczamy, oczyszczamy. Gdy budzimy się po kilku godzinach stwierdzamy, że nasze włosy przyklejone są do foli na blacie (teraz już wiecie dlaczego jest ona taka ważna – lepiej do niej niż do blatu), żona patrzy na nas wzrokiem będący mieszaniną politowania i pogardy, a butelka po antidotum jest pusta. Za to mamy przecudnie wzmocniony model.

f12.jpgf13.jpg

Modelarska rymowanka

Lato w pełni, słońce piecze
Kwitną trawy oraz mlecze
W tej scenerii pięknej łąki
Gdzie fruwają muszki, bąki,
Stoi dziwny wielce człowiek
Nie zamyka nawet powiek
Tak w kierunku nieba patrzy
Choć go słońce w czoło parzy
Choć kąsają go komary
Muszek na nim całe chmary
A on twardy i skupiony
Mogłyby go gryźć skorpiony
I tak w chmury patrzeć będzie
Bo tam model jego w pędzie
Pokonując grawitację
Daje wielką ekscytację

Modelarski psikus

Na znanym forum modelarskim umieściłem taki oto tekst:
Część z Was zapewne wie, że w jestem pół-Japończykiem. Co zapewne widać w rysach mojej twarzy. Dzieciństwo spędziłem w północnej prowincji znanej od wieków z origami i budowy latawców kultowych. To zamiłowanie do latawców współcześnie przeobraziło się w modelarstwo. Modelami lata tam niemal każdy mężczyzna (kobiety mają kulturowy zakaz dotykania aparatury RC i wolno im robić tylko modele wolnolatające, mają nawet swoje wielkie zawody o puchar „latającej dziewicy” ). Tam też jako pacholę załapałem lotniczego bakcyla. Część wiedzy modelarskiej czerpię z japońskiego forum, gdzie ostatnio pojawił się wpis znanego chyba wszystkim modelarzom profesora Nakamury. Otóż przeprowadził on badania wpływu warstwy kurzu na modelu na jego właściwości lotne. Wyniki tych badań są zaskakujące. Otóż kurz na górnej powierzchni płata wywołuje zjawisko, którego nazwę tłumaczę jako opływ podwójnie turbulentny z mikropęcherzami laminarnymi w drugiej i trzeciej tercji cięciwy. W efekcie siła nośna może zmaleć nawet o 30%, a opory wzrosnąć o 10%.
Jak widzicie powiedzenie „odkurzyć model” nabrało wyjątkowego znaczenia.

Po odpowiedziach wnioskuję, że niektórzy koledzy modelarze dali się nabrać. 🙂 Ubawiła mnie odpowiedź jednego z kolegów:
Szacunek dla Prof. Nakamury.
Ale od dawana wiadomo, że gładzenie zmniejsza opory. Sprawdzone na mojej najlepszej z żon Smile
A wiec modele też trzeba na gładko…

Zabobon

Pewnego ranka czarny kot przebieg mi drogę. Złapałem sierściucha, napralem po pysku i odczyniłem urok:
Ja: Jakiego jesteś koloru?
Kot: Jestem czarny!
Bach, bach po pysku i za ogon, aż pisnął.
Ja: Jaki kolor?!
Kot: Bbbb… biał… CZARNY JESTEM!!!
Bum, bach, tłukłem gdzie popadło!
Ja: Kolor?!!!!
Kot: Biały jestem kur…, śnieżynka dosłownie, tylko nie bij…
Nie tylko nie miałem pecha tego dnia (przecież drogę przebiegł mi biały kot), ale także towarzyszył mi dobry humor… jakiś taki zrelaksowany byłem, odprężony. 🙂

GG

Kumpel będzie budował dom. Na ile mogę i się znam, na tyle mu pomagam…. na razie radą.  Oto fragment naszej rozmowy przez GG:

Ktoś
20:44:13
dzis gadalem z murarzem
kolo jest instruktorem karate
i ma czarny pas
no i zrobil na mnie bardzo pozytywne wrazenie

PiotrP
20:46:55
każdy z nich jest karateką, nie wiedziałeś?
tak jest od 1979roku…. komuna im kazała się uczyć karate i ustawa działa do dziś

Ktoś
20:47:37
hi hihihi

PiotrP
20:47:41
serio

Ktoś
20:47:47
ale chop konkretny gosc,
i na 6 kwietnia sa umowieni
czas poweidzial ze 2 max 3 tygodnie
i mury beda

PiotrP
20:48:36
po to, by oszczędzić czasu – wiadomo, karateka cegły tnie ręką, zamiast schodzić z rusztowania po młotek – szybciej jest  🙂
a w komunie walczyli o normy  🙂

Ktoś
20:49:17
bu hahahah

GG

Kumpel będzie budował dom. Na ile mogę i się znam, na tyle mu pomagam…. na razie radą.  Oto fragment naszej rozmowy przez GG:

Ktoś
20:44:13
dzis gadalem z murarzem
kolo jest instruktorem karate
i ma czarny pas
no i zrobil na mnie bardzo pozytywne wrazenie

PiotrP
20:46:55
każdy z nich jest karateką, nie wiedziałeś?
tak jest od 1979roku…. komuna im kazała się uczyć karate i ustawa działa do dziś

Ktoś
20:47:37
hi hihihi

PiotrP
20:47:41
serio

Ktoś
20:47:47
ale chop konkretny gosc,
i na 6 kwietnia sa umowieni
czas poweidzial ze 2 max 3 tygodnie
i mury beda

PiotrP
20:48:36
po to, by oszczędzić czasu – wiadomo, karateka cegły tnie ręką, zamiast schodzić z rusztowania po młotek – szybciej jest  🙂
a w komunie walczyli o normy  🙂

Ktoś
20:49:17
bu hahahah

GG

Kumpel będzie budował dom. Na ile mogę i się znam, na tyle mu pomagam…. na razie radą.  Oto fragment naszej rozmowy przez GG:

Ktoś
20:44:13
dzis gadalem z murarzem
kolo jest instruktorem karate
i ma czarny pas
no i zrobil na mnie bardzo pozytywne wrazenie

PiotrP
20:46:55
każdy z nich jest karateką, nie wiedziałeś?
tak jest od 1979roku…. komuna im kazała się uczyć karate i ustawa działa do dziś

Ktoś
20:47:37
hi hihihi

PiotrP
20:47:41
serio

Ktoś
20:47:47
ale chop konkretny gosc,
i na 6 kwietnia sa umowieni
czas poweidzial ze 2 max 3 tygodnie
i mury beda

PiotrP
20:48:36
po to, by oszczędzić czasu – wiadomo, karateka cegły tnie ręką, zamiast schodzić z rusztowania po młotek – szybciej jest  🙂
a w komunie walczyli o normy  🙂

Ktoś
20:49:17
bu hahahah