Walka z terroryzmem

Gdy byłem jeszcze młodszy niż teraz zaczytywałem się w poezji Tuwima – obok Norwida był to mój ulubiony twórca. Miło jest po latach wrócić do dawno zapomnianych smaków i przeżywać te same zaskoczenia. Np. wiersz z 1929roku, który paradoksalnie jest dziś aktualniejszy niż dziesięciolecia temu. Stanowi obraz mojego spojrzenia na Irak, Afganistan, Libię…

DO PROSTEGO CZŁOWIEKA

Gdy znów do murów klajstrem świeżym
Przylepiać zaczną obwieszczenia,
Gdy „do ludności”, „do żołnierzy”
Na alarm czarny druk uderzy
I byle drab, i byle szczeniak
W odwieczne kłamstwo ich uwierzy,
Że trzeba iść i z armat walić,
Mordować, grabić, truć i palić;
Gdy zaczną na tysięczną modłę
Ojczyznę szarpać deklinacją
I łudzić kolorowym godłem,
I judzić „historyczną racją”,
O piędzi, chwale i rubieży,
O ojcach, dziadach i sztandarach,
O bohaterach i ofiarach;
Gdy wyjdzie biskup, pastor, rabin
Pobłogosławić twój karabin,
Bo mu sam Pan Bóg szepnął z nieba,
Że za ojczyznę – bić się trzeba;
Kiedy rozścierwi się, rozchami
Wrzask liter pierwszych stron dzienników,
A stado dzikich bab – kwiatami
Obrzucać zacznie „żołnierzyków”. –
– O, przyjacielu nieuczony,
Mój bliźni z tej czy innej ziemi!
Wiedz, że na trwogę biją w dzwony
Króle z pannami brzuchatemi;
Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
Gdy ci wołają: „Broń na ramię!”,
Że im gdzieś nafta z ziemi sikła
I obrodziła dolarami;
Że coś im w bankach nie sztymuje,
Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły tłuste szuje
Cło jakieś grubsze na bawełnę.
Rżnij karabinem w bruk ulicy!
Twoja jest krew, a ich jest nafta!
I od stolicy do stolicy
Zawołaj broniąc swej krwawicy:
„Bujać – to my, panowie szlachta!”

Fortuna Imperatrix Mundi – post scriptum

Wakacje nie zapowiadały się zbyt dobrze. Wizja spędzenia ich w dusznym mieście nie była kusząca. Tym bardziej ucieszył mnie widok kolegi pukającego nocą w moje okno. Mimo późnej pory przejechał kilkadziesiąt kilometrów, by zaproponować mi obiecany ongiś pobyt na Oazie Dzieci Bożych, czyli katolickim odpowiedniku obozu młodzieżowego. Jako, że nie miałem wtedy zbyt wielu rzeczy osobistych spakowanie się zajęło mi tylko chwilę. Jadąc na miejsce dowiedziałem się, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, że mam pełnić funkcję animatora, czyli opiekuna grupy dzieciaków. Zabawne było to o tyle, że byłem na etapie poszukiwań nie tylko odpowiedniej dla mnie drogi religijnej, ale również sensu wiary w ogóle. Świtało, gdy czarny krzyż rozpościerający ramiona na tle szaro-srebrnego nieba wskazał nam zjazd z głównej drogi. Niczym strażnik stojący na straży do innego, tajemniczego i groźnego świata, który dotąd był dla mnie tajemnicą. Wjechaliśmy do niewielkiej wsi, pośrodku której w starym parku ciemniała bryła zniszczonej, ale na swój sposób pięknej budowli. Jej niejednorodna, w wielu miejscach uproszczona elewacja pozwalała przypuszczać, że obecna forma gmachu jest wynikiem niekoniecznie korzystnej przebudowy. Wielkie, zaokrąglone na górze okna, miejscami zdobione stylizowanymi barierkami, okrągły taras wzbogacany w ten sam sposób i piękne drzwi z fantazyjnym okratowaniem, do których prowadziły wysokie schody nijak się miały do gładkich, brudnych ścian i prostego dachu. Klasztor spał. Po wielu próbach udało nam się obudzić już przybyłych rezydentów. Nie był to dobry czas na powitanie nowoprzybyłych gości dla tych, którzy z ochotą powrócili do swych snów, toteż rychło znalazłem się sam w ciemnym korytarzu. Spośród wielu pustych pokoi wybrałem znajdujące się po zacienionej stronie duże lokum z wielkim, zdobionym piecem kaflowym i kilkoma prostymi pryczami. Próbowałem zasnąć na jednej z nich, jednak coś nie dawało mi spokoju. Za oknami chmara czarnych ptaków zdawała się toczyć wielce przejmującą dysputę, często przeradzającą się w kłótnię, momentami zaś w chichot niemalże, kracząc i szamocząc się w konarach ponurych drzew. Zdawało mi się, że są to głosy demonów sprzeczających się o mój los. Choć wizja ta była tylko senną psotą bujnej wyobraźni, okazała się być proroczą – tego ranka przeniosłem się do innej krainy.

Dyskretny urok kina lekkiego.

Zaskakuje mnie zdolność umysłu do wielotorowości myślenia. Mimo typowego borykania się z codzienną codziennością, daję upust swojemu zamiłowaniu do analiz, zarówno wykorzystując obserwacje pojedynczych ludzi, jak i zjawisk globalnych. Radość sprawia mi rozkładanie na czynniki pierwsze, wyciąganie wniosków i tworzenie modeli myślowych… zarówno ludzkich zachowań, jak i zachowań ludzkości. W tej drugiej grupie szczególną uwagę poświęcam zaskakującej oligarchizacji życia społecznego i związanymi z tym dziwnymi i niepokojącymi tendencjami: podatność mas na manipulację, niebezpiecznie rosnąca dyferencjacja społeczna, obniżenie poziomu intelektualnego całych narodów, brak oporu społeczeństw wobec ograniczania wolności osobistej jednostek. Proces ten trwa już od wieków (z przerwami na mniej lub bardziej rzeczywistą demokrację) lecz rozwój techniki pozwolił na zwiększenie kontroli nad jednostkami i dał nowe narzędzia propagandowe. Z drugiej zaś strony dał grupie wolnomyślicieli Internet – nadzieję ludzkości. W kręgu moich zainteresowań – oprócz obserwowania i filtrowania informacji medialnych – są: proza Orwella, filmy Alexa Jonesa i Petera Josepha. Ostatnio z niemałą satysfakcją obejrzałem, utrzymany w Orwellowskim klimacie, film „Equilibrium”. Ktoś przeintelektualizowany mógłby stwierdzić, że to strata czasu i odmóżdżanie się, jednak ja cenię sobie relaks przy niewymagającym wysiłku i zbytniej uwagi kinie akcji. W tym filmie znalazłem jednak wyjątkową perełkę – wiersz:

Yeats William Butler
Poeta pragnie szaty niebios

Gdybym miał niebios wyszywaną szatę
Z nici złotego i srebrnego światła,
Ciemną i bladą, i błękitną szatę
Ze światła, mroku, półmroku, półświatła,
Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy,
Lecz biedny jestem, me skarby – w marzeniach,
Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy;
Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach.

Jak jesienne motyle

Stojąc na skraju wonnego lasu patrzę na wielką słoneczną dolinę, rozciągającą się pod moimi nogami. Drzewa swym szumem akompaniują błyskom tańczącym na tafli jeziora. Wśród nich, kołysząc się, płyną piękne i dumne łabędzie. Falowanie zdaje się spływać na okoliczne sady, które mienią się na wietrze wszystkimi kolorami jesieni. Liście fruną między gałęziami niczym wielobarwne rajskie motyle, w rytm złoto-czerwonej kołysanki. Za tym barwnym dywanem zielony wał wtula się we wstęgę szaro-niebieskiej rzeki. W oddali klocki domków świecą płomieniami ścian, jak gdyby chciały w ten sposób rozświetlić niebo. To zdaje się odbitym w krzywym zwierciadle jeziorem ze śnieżnobiałymi, puchowymi łabędziami.

Świat pełen jest symboli. Wystarczy nie mieć stajni Augiasza w głowie, by wiedzieć, że rzeczywistość, pomimo swej złożoności, jest o wiele prostsza niż by się zdawało. I lepsza. Niechęć dla owej prostolinijności jest zgubna. Na przykład pewien pokręcony człowiek z symbolu pomyślności stworzył znienawidzony znak nazistów.

Modlitwa

Słoneczny letni dzień spędzany na wycieczce do mojego sanktuarium natury. Igraszki nad brzegiem, wzywanie niewidzialnego przyjaciela Zenka… wesołość wszelaka. Wtem ruch przerywa zryw wichury. Ukryliśmy się pod dachem jednego z budynków. Wyjrzałem zza krawędzi chroniącej nas przed nawałnicą. Po błękitnym niebie sunęła rozszalała, kłębiąca się i pobłyskująca potęga. Sine odbicie w tafli jeziora, zza którego przybywała, dodawało obrazowi surrealistycznej grozy.
O Perunie ściągnij na nas straszliwe gromy, by zagłuszyć słowa. Oświeć noc błyskawicami, byśmy ujrzeli własne odbicia w zwierciadle. Ześlij na nas ulewę, by oczyściła nasze dusze. I nie dawaj nam wytchnienia, byśmy nie spoczęli.

Świt

Niebo bywa teatrem dwojga aktorów. Świt zaprasza słońce pomarańczową łuną na wschodzie, podczas gdy księżyc otula się jedwabnym szalem na zachodzie. Obserwuję go stojąc na skraju płaskowyżu pokrytym zielonym dywanem nakrapianym żółcią polnych kwiatów. W dawnych wiekach była tu gwarna osada. Chwilami wydaje mi się, że w melodii rannych ptaków słyszę zgiełk budzącego się grodu, śmiech dzieci, rżenie koni, śpiew jasnowłosych przybyszy z północy. Lecz to tylko szum wiatru wiejącego z rozpościerającej się przede mną doliny. Na jej dnie, pośród kolorowej szachownicy pól i sadów wije się niczym wąż wielka sina rzeka. Unosząca się poranna mgła spowija domostwa porozrzucane niczym klocki wzdłuż drogi. Delikatny powiew dotyka mojej twarzy jak czuła kochanka. Świt – za sprawą czarów zapewne – zamienia to miejsce w pustelnię zadumy.

Status quo

maj_022.jpg maj_021.jpg

Jest taki mały cmentarzyk ukryty pośród drzew. Napisy na płytach nagrobnych wskazują niemieckich mieszkańców tej wsi i ponad stuletnią historię tego miejsca. Inne czasy, inni ludzie, inny język, inne wyznanie… inny świat. Ale te same namiętności, rozterki i uczucia co teraz.

Koziorożec

Mawiają, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. No i pozostają wspomnienia.

KOZIOROŻEC

Wspinałem się na szczyt
lecz byłem za mały
i orzeł zrzucił mnie w przepaść
nie poddałem się
tajemnicza siła kazała walczyć
urosłem

Wspinałem się na szczyt
lecz zaatakował mnie mój brat
bezbronny spadłem w przepaść
nie poddałem się
odnalazłem noc
urosły mi rogi

Wspinam się by spadać
(Coraz wyżej i wyżej)
lecz zawsze wstaję
doskonalszy
i to jest życie

Kiedyś odśpiewam na szczycie pieśń
pieśń zwycięstwa
i to będzie śmierć
i to będzie życie
łagodny powiew powiedzie do Ciebie

potępieni niepowstający

1994

Poetyckie dylematy

Magdo!

Czym byłby Kraków bez Piwnicy Pod Baranami? Skansenem? Zakompleksioną ex-stolicą? Czym byłoby nasze życie bez poezji, uniesień, szałów, wichrów i niebezpieczeństw? Trwaniem androida? Emocje bywają pułapką. Ale na Przeżywaniu polega życie, jedno życie.

Z drugiej strony tak łatwo poecie spalić się we własnym ogniu. I tak trudną jest sztuka zaprzęgnięcia emocji do rydwanu życia, gdzie woźnicą jest rozum. A nie ma lepszego sposobu na osiągnięcie potęgi wewnętrznej, siły spokoju, a nie odrętwienia.

Pozdrawiam Piotr

PS Nie zapomnij, co mówiłem Ci dziś o Tobie – jesteś wielka.

Kto przysłonił te księżyce nad dachami,
mądrą głowę miał,
chciał by żony całowały się z mężami,
nie wpadały, mój kochany, w szał.
Księżycowy wstaje wcześniej niż stójkowy,
i przemierza świat,
dobrym ludziom serca błyszczą jak podkowy,
a złym ludziom czarno kwitnie sad.

Uplotę ci złoty kołacz z moich świetlistych promieni,
już ty się człowieku nie kołacz,
niech ci się na dobre odmieni.
A z mego żaru srebrnego utoczę ci miodu ciut,
niech ci się w sercu zapieni gęsty miód.
Ucisz serce, ucisz serce,
w białym świetle rozpalonych świec,
ucisz serce, ucisz serce,
jedno z tylu, jedno z tylu serc.

Wielki Panie winorośli,
stworzycielu gwiazd,
proszą dzieci i dorośli,
nie zapomnij, nie zapomnij nas.
Ty, co gładzisz oceany
i prowadzisz w dal bezpieczną,
spojrzyj też na nasze rany,
na kołyskę i miasteczko.
Rozesłano już kobierce
w białym świetle rozpalonych świec,
ucisz serce, ucisz serce,
jedno z wielu serc.

Ty, co złocisz łany zboża,
bielisz mąki pył,
od pożaru i od noża,
chroń nas z całych sił,
daj nam rodzić się w pokoju
i umierać w noc serdeczną,
wodą z królewskiego zdroju,
pobłogosław to miasteczko.
Ucisz serce, ucisz serce,
w białym świetle rozpalonych świec,
ucisz serca, ucisz serca,
czarne gwiazdy serc.

Agnieszka Osiecka